sobota, 30 maja 2015

PRZEPOWIEDNIE:

Przepowiednia, którą otrzymał Jason Grace ( Zagubiony Heros) :

"A ty, dziecię gromu, ziemi się strzeż,
Na siedmioro czyha olbrzymia sieć,
Kraty wyłamią kowal i gołąb,
Gniew Hery śmierć rozsiewa wokoło."

Przepowiednia, którą dostali Percy Jackson, Frank Zhang i Hazel Levesque od Marsa ( Syn Neptuna) :
"Powędrujcie na Alaskę. Znajdziecie Tanatosa
 i uwolnijcie go. Wróćcie przed zachodem  
słońca dwudziestego-czwartego czerwca albo zginiecie"   

Niedokończona przepowiednia, którą wygłosiła Ella (harpia ) do Franka Zhanga:                              

 "Na północy, poza władzą bogów, spoczywa korona legionu.
 Spadając z lodu, syn Neptuna w toń pogrąży..."


Przepowiednia dotycząca wyprawy do Rzymu, wygłoszona przez Ellę (Znak Ateny):

"Córa mądrości samotnie kroczy,
Znamię Ateny przez Rzym ogniem toczy.
Już węszą mdły oddech anioła bliźnięta,
Pod którego strażą wiecznej śmierci pęta.
Już blednie olbrzymów zmora ozłocona,
Z utkanego więzienia w bólu uwolniona."

 WIELKIE PRZEPOWIEDNIE: 


Pierwsza Wielka Przepowiednia dotycząca Percy'ego:

"Heros, który od bogów najstarszych pochodzi,
Osiągnie lat szesnaście wbrew wszelkiej przeszkodzie.
Świat pogrążony, ujrzy w snu wiecznym bezkresie,
Jeden wybór kres życiu herosa przyniesie.
Duszę półboga ostrze przeklęte wyżenie,
Olimp w perzynie legnie lub zyska zbawienie"

Druga Wielka Przepowiednia, ''Przepowiednia Siedmiorga'':

"Podjąć musi herosów siedmioro wyzwanie,
Inaczej pastwą ognia lub burz świat się stanie.
Przysięga  tchem ostatnim  dochowana będzie,
A wróg w zbrojnym rynsztunku u Wrót Śmierci siędzie.

Trzecia Wielka Przepowiednia, "Przepowiednia Siedmiorga"(według Rzymian):

Tolle de septem est provocare heroe
Ceterum praeda, igni aut procellis, erit mundus.
Iusiurandum erit adhaeserunt ad extremum vitae spiritum.
Inimicus militaribus insignibus suis in porta sit mors. "

Rozdział I :

JASON
Jason nienawidził być stary.
Stawy go bolały. Nogi były niepewne. Kiedy usiłował wspiąć się na wzgórze, w płucach grzechotało mu jak w pudełku z kamykami.
Na szczęście nie widział swojej twarzy, ale palce miał powykręcane i chude. Wierzch dłoni pokrywała siateczka niebieskich żył.
Wokół niego roztaczał się nawet ten charakterystyczny zapach starości: kulki przeciwmolowe i rosół z kurczaka. Jak to możliwe? W ciągu sekund zmienił się z szesnastolatka w siedemdziesięciopięciolatka, ale ten zapach pojawił się natychmiast, szast-prast. Gratulacje! Śmierdzisz!
– Już prawie jesteśmy na miejscu. – Piper uśmiechnęła się do niego. – Świetnie ci idzie.
Łatwo jej mówić. Piper i Annabeth były przebrane za śliczne greckie służące. Mimo że miały na sobie białe sukienki bez rękawów i sandały z rzemyków, bez problemu poruszały się po skalistej ścieżce.
Kasztanowe włosy Piper były upięte w spiralny kok. Jej ramiona ozdabiały srebrne bransolety. Przypominała starożytny posąg swojej mamy Afrodyty, co Jasona nieco peszyło.
Chodzenie z piękną dziewczyną było wystarczająco kłopotliwe. Chodzenie z dziewczyną, której matka jest boginią miłości… cóż, Jason zawsze bał się, że zrobi coś nieromantycznego, a mama Piper popatrzy z dezaprobatą z Olimpu i zamieni go w dzikiego wieprza.
Jason spojrzał w górę drogi. Szczyt wciąż znajdował się jakieś sto metrów dalej.
– To był wyjątkowo głupi pomysł. – Oparł się o cedr i otarł czoło. – Magia Hazel jest zbyt dobra. Jeśli będę miał walczyć, to na nic się nie przydam.
– Nie dojdzie do tego – zapewniła go Annabeth.
Ona chyba nie czuła się dobrze w kostiumie służącej. Kuliła się nieustannie, usiłując zapobiec zsuwaniu się sukienki z ramion. Blond włosy, upięte wysoko, rozsypały się z tyłu i opadały teraz na plecy jak nogi pająka. Znając jej niechęć do pająków, Jason postanowił o tym nie wspominać.
– Dostaniemy się do pałacu – powiedziała. – Zdobędziemy potrzebne nam informacje i wyjdziemy.
Piper postawiła na ziemi amforę, wysoki ceramiczny dzban, w którym ukryty był jej miecz.
– Możemy przez chwilę odpocząć. Musisz złapać oddech, Jasonie.
U jej paska wisiała kornukopia – magiczny róg obfitości. A gdzieś w fałdach szaty miała ukryty sztylet o nazwie Katoptris, czyli Zwierciadło. Piper nie wyglądała groźnie, ale w razie potrzeby potrafiła walczyć dwoma ostrzami z niebiańskiego spiżu albo strzelać nieprzyjaciołom w twarz dojrzałymi owocami mango.
Annabeth zdjęła amforę z ramienia. Ona też miała ukryty miecz, ale nawet bez niego wyglądała na śmiertelnie niebezpieczną. Jej szare jak gradowa chmura oczy lustrowały okolicę w poszukiwaniu zagrożeń. Jason wyobrażał sobie, że gdyby jakiś facet zaprosił Annabeth na drinka, miałby szansę zarobić kopniaka w bifurcum.
Usiłował uspokoić oddech.
Pod nimi migotała zatoka Afales, której woda była tak błękitna, że sprawiała wrażenie zafarbowanej barwnikiem spożywczym. Kilkaset metrów od brzegu stał na kotwicy „Argo II”. Jego białe żagle wyglądały z tej odległości na nie większe od znaczków pocztowych, a dziewięćdziesiąt wioseł jak wykałaczki. Jason wyobraził sobie kumpli znajdujących się na pokładzie, obserwujących ich postępy, zmieniających się przy lunecie Leona, usiłujących powstrzymywać śmiech, kiedy dziadek Jason dreptał pod górę.
– Głupia Itaka – wymamrotał.
W sumie wyspa była dość ładna. Przez jej środek biegł grzbiet porośniętych lasem wzgórz. Kredowobiałe zbocza opadały do morza. W małych zatoczkach kryły się skaliste plaże i przystanie, gdzie na wybrzeżu przykucnęły domy o czerwonych dachach i biało tynkowane kościółki.
Wzgórza były usiane makami, krokusami i dzikimi czereśniami. Wiatr niósł ze sobą zapach kwitnącego mirtu. Wszystko to byłoby bardzo przyjemne – gdyby temperatura nie wynosiła około czterdziestu stopni. Powietrze było parne jak w rzymskiej łaźni.
Jason nie miałby problemów z ujarzmieniem wiatru, żeby polecieć na sam szczyt wzgórza, ale nieee. Trzeba było tam dotrzeć niepostrzeżenie, musiał więc wlec się pod górę jako śmierdzący rosołem starzec o chorych kolanach.
Przypomniała mu się poprzednia wspinaczka, dwa tygodnie wcześniej, kiedy razem z Hazel zmierzyli się z bandytą Skironem na klifach Chorwacji. Wtedy przynajmniej Jason był w pełni sił. A to, z czym mieli się teraz spotkać, było znacznie gorsze od bandytów.
– Jesteście pewne, że to właściwe wzgórze? – zapytał. – Jest tu dosyć… no, nie wiem… spokojnie.
Piper przyglądała się wzgórzom. We włosy miała wpięte błękitne piórko harpii – wspomnienie ataku z poprzedniej nocy. Pióro nie pasowało szczególnie do jej przebrania, ale Piper zdobyła je na swojej warcie, pokonując w pojedynkę całe stado demonicznych ptasich kobiet. Z pozoru nic sobie nie robiła z tego osiągnięcia, ale Jason wiedział, że była z niego bardzo zadowolona. Pióro przypominało jej, że nie jest tą samą dziewczyną, którą była poprzedniej zimy, kiedy po raz pierwszy przybyli do Obozu Herosów.
– Ruiny są tam – zapewniła go. – Widziałam je w ostrzu Zwierciadła. No i słyszałeś, co mówiła Hazel. „Nigdy jeszcze…
– …nie wyczułam aż tak wielkiego zgromadzenia złych duchów”. – Jason pamiętał.
– Aha, to brzmi fantastycznie.
Ostatnią rzeczą, z jaką miał ochotę się zmierzyć po przedarciu się przez podziemną świątynię Hadesa, były kolejne złe duchy. Ale ważyły się losy misji. Załoga „Argo II” musiała podjąć ważną decyzję. Jeśli wybiorą źle, mogą ponieść klęskę, a cały świat ulegnie zagładzie.
Sztylet Piper, magiczne zmysły Hazel i instynkt Annabeth jednogłośnie wskazywały, że odpowiedź leży tu, na Itace, w starożytnym pałacu Odyseusza, gdzie hordy złych duchów zebrały się w oczekiwaniu na rozkazy Gai. Wedle planu mieli się zakraść pomiędzy nie, sprawdzić, co się dzieje, po czym wybrać właściwy kurs. A potem się wydostać, najlepiej żywi.
Annabeth poprawiła swój złoty pas.
– Mam nadzieję, że nasze przebrania wytrzymają. Zalotnicy byli paskudnymi typkami już za życia. Jeśli się dowiedzą, że jesteśmy herosami…
– Magia Hazel wytrzyma – oznajmiła Piper.
Jason usiłował w to wierzyć.
Zalotnicy: setka najbardziej chciwych, najwredniejszych rzezimieszków, jacy kiedykolwiek chodzili po ziemi. Kiedy Odyseusz, grecki król Itaki, zaginął po wojnie trojańskiej, ten tłum książąt drugiej kategorii zawładnął jego pałacem i nie chciał odejść, wszyscy bowiem mieli nadzieję poślubić królową Penelopę i przejąć królestwo. Odyseusz zdołał w tajemnicy wrócić i pozabijał ich wszystkich – taki radosny powrót do domu. Ale jeśli wizje Piper były prawdziwe, zalotnicy zjawili się ponownie, nawiedzając miejsce swojej śmierci.
Jason nie wierzył, że odwiedzi prawdziwy pałac Odyseusza – jednego z najsłynniejszych greckich bohaterów wszech czasów. Ale ta misja była całą serią niesamowitych wydarzeń. Annabeth wróciła właśnie z wiecznej otchłani Tartaru. Na myśl o tym Jason uznał, że może nie powinien narzekać na bycie starcem.
– Cóż… – Podparł się na lasce. – Jeśli wyglądam równie staro, jak się czuję, to moje przebranie musi być doskonałe. Chodźmy dalej.
Podczas wspinaczki pot zalewał mu czoło. Łydki bolały. Pomimo upału czuł dreszcze. I choćby nie wiadomo co robił, nie potrafił przestać myśleć o swoich niedawnych snach.
Od czasu Domu Hadesa stały się one znacznie wyraźniejsze.
Czasami Jason stał w podziemnej świątyni w Epirze, a nad nim unosił się gigant Klytios przemawiający całym chórem pozbawionych ciał głosów: „Musiało was być tylu, żeby mnie pokonać. Co zrobicie, kiedy Matka Ziemia otworzy oczy?”. Kiedy indziej Jason znajdował się na szczycie Wzgórza Herosów. Bogini Gaja unosiła się z ziemi – wirująca postać z kurzu, liści i kamieni.
„Biedne dziecko”, jej głos niósł się echem po okolicy, wstrząsając skałą pod stopami Jasona. „Twój ojciec jest pierwszym wśród bogów, ale ty jesteś zawsze na drugim miejscu: po swoich rzymskich towarzyszach, po swoich greckich kumplach, nawet po swojej rodzinie. Jak zamierzasz się wykazać?”
Najgorszy sen zaczynał się na dziedzińcu Wilczego Domu w Sonomie. Przed nim stała bogini Junona w srebrzystej poświacie.
„Twoje życie należy do mnie”, dudnił jej głos. „Prezent na zgodę od Zeusa”.
Jason wiedział, że nie powinien patrzeć, ale nie potrafił zamknąć oczu, kiedy Junona zamieniała się w supernową, pokazując się w swojej prawdziwej boskiej formie. Mózg Jasona rozdzierał ból. Jego ciało płonęło kolejnymi warstwami niczym cebula.
A potem sceneria się zmieniała. Jason przebywał wciąż w Wilczym Domu, ale teraz był małym chłopcem. Przed nim klęczała kobieta, którą otaczał znajomy cytrynowy zapach. Jej rysy były rozmazane i niewyraźne, ale on znał ten głos: jasny, chłodny, niczym cieniutka warstwa lodu na rwącym strumieniu.
„Wrócę po ciebie, kochanie”, mówiła „Wkrótce się zobaczymy”.
Ilekroć Jason budził się z tych koszmarów, twarz miał pokrytą potem. Oczy piekły od łez.
Nico di Angelo ich ostrzegał: Dom Hadesa poruszy ich najgorsze wspomnienia, sprawi, że zobaczą i usłyszą rzeczy z przeszłości. Ich duchy poczują niepokój.
Jason miał nadzieję, że ten konkretny duch będzie się trzymał z daleka, ale każdej nocy sen stawał się coraz gorszy. A teraz Jason wspinał się ku pałacowi, gdzie zebrała się armia duchów.
„To nie oznacza, że ona tam będzie” – powtarzał sobie.
Ale jego ręce nie przestawały drżeć. Każdy kolejny krok wydawał się trudniejszy od poprzedniego.
– Już prawie jesteśmy na miejscu – powiedziała Annabeth. – Trzeba…
BUUUM! Wzgórze zadrżało. Gdzieś za grzbietem tłum ryknął z aprobatą jak widzowie w amfiteatrze. Jason poczuł, że na ten dźwięk przebiega go dreszcz. Nie tak dawno sam walczył o życie w rzymskim Koloseum przed wiwatującą widmową publicznością. Nie miał najmniejszej ochoty powtarzać tego doświadczenia.
– Co to był za wybuch? – zastanawiał się.
– Nie mam pojęcia – odparła Piper. – Ale brzmi to tak, jakby się nieźle bawili. Chodźmy poznać paru martwych kumpli.

CYTATY:

"- Atlantyda? - spytał Jason
- To tylko mit - odparł Percy
- Hm... czy my cały czas nie zajmujemy się mitami?
- Nie, miałem na myśli, że to wymyślony mit. Nie tak jak autentyczny prawdziwy mit.
- A więc dlatego Annabeth jest mózgiem tej operacji, co?
- Zamknij się, Grace." - Jason i Percy 

" - Jesteś bogiem muzyki prawda? Chciałbyś słuchać piosenki zatytułowanej Apollo poraził karłowatego heroska? Ja nie. Ale pieśń Apollo pokonał Matkę Ziemię i ocalił cały cholerny świat...to jest materiał na światowy przebój!" - Leo

" - TAK! KTO UMARŁ? KTO WRÓCIŁ? TO TWÓJ MISTER GADŻET, MAŁA! Haa!
[...] Smok zakołysał się i katapultował Leona twarzą w piasek. I tyle w kwestii bohaterskiego wejścia."


" - A zatem tu rozpoczęło się współzawodnictwo - dodał Percy.
- Aha.
Percy przyciągnął Annabeth do siebie i pocałował ją. [...] Kiedy Percy się cofnął, Annabeth wyglądała jak ryba walcząca o powietrze.
- I tu współzawodnictwo się kończy - powiedział Percy - Kocham cię, Mądralińska."

"Kadłub trzeszczał. Silnik jęczał jak umierający bawół. Przez wycie wichru przedzierał się wrzask bogini Nike dobiegający ze stajni: STAĆ CIĘ NA WIĘCEJ SZTORMIE! DAJ Z SIEBIE STO DZIESIĘĆ PROCENT!"

" - Cała Europa stoi do góry nogami - Leo pokręcił głową - Najpierw w Rzymie wchodzimy na Schody Hiszpańskie. Potem w Grecji idziemy na włoskie lody."

"Percy zajadał się wielką stertą niebieskich naleśników, podczas gdy Annabeth robiła mu wyrzuty za oblanie ich zbyt wielką ilością syropu.
- Utopiłeś je! - narzekała
- Ej, jestem synem Posejdona - odparł Percy - Nie mogę utonąć. Moje naleśniki też nie."

"-Ach, tak. - zgodził się Percy. - Rzymianie są marnymi żeglarzami. Oni mieli raptem jedną łódź wiosłową. Którą zatopiłem. A skoro mowa o gwałtownych sztormach, niezła robota tam, na górze. [...]. Sęk w tym, że ugrzązł w niej nasz statek i właśnie tak jakby się rozsypuje. Jestem przekonany, że miałaś zamiaru...
-Ależ wręcz przeciwnie.
-Miałaś. - skrzywił się Percy. - No dobra, to fatalnie. I obawiam się, że nie przestaniesz, jeśli ładnie poprosimy.
-Nie. - potwierdziła bogini." 


"z każdej tragedii rodzi się nowa siła"

"życie jest krótkie a śmierć wieczna"

"nikt nie będzie cię nienawidził z większą namiętnością niż ktoś kto cię kiedyś kochał"

"Rzymianin nie czeka na śmierć.Rzymianin jej szuka i spotyka ją na własnych warunkach"

"Ale zbyt dużo miłości jest  trucizną, zwłaszcza kiedy ta miłość nieodwzajemniona"



Piąty tom z serii "Olimpijscy Herosi "

Tom 5 Krew Olimpu:

  

Mimo że grecko-rzymska załoga „Argo II” zrobiła postępy w wielu swoich misjach, herosi wciąż są daleko od pokonania Matki Ziemi, Gai. Wszyscy jej giganci powstali, potężniejsi niż kiedykolwiek wcześniej. Muszą zostać powstrzymani przed świętem bogini nadziei Spes, kiedy to Gaja planuje złożenie w ofierze dwójki herosów w Atenach. Bogini potrzebuje ich krwi – krwi Olimpu – żeby się przebudzić. Herosi mają coraz częstsze wizje straszliwej bitwy w Obozie Herosów. Rzymski legion z Obozu Jupiter, dowodzony przez Oktawiana, jest już niemal gotowy do ataku.

Chociaż pokusa zabrania Ateny Partenos do Aten, aby posłużyć się nią jako tajną bronią, jest wielka, przyjaciele wiedzą, że ogromny posąg powinien znaleźć się na Long Island, gdzie będzie w stanie zapobiec wojnie między dwoma obozami. Atena Partenos uda się zatem na zachód, a „Argo II” na wschód. Bogowie, wciąż cierpiący na rozdwojenie jaźni, nie są w stanie pomóc. Jak garstka młodych herosów ma się przeciwstawić potężnej armii gigantów Gai? Wyprawa do Aten jest bardzo niebezpieczna, ale nie mają innego wyjścia. Zbyt dużo już poświęcili. A jeśli Gaja się przebudzi, to gra skończona.

Nico ich ostrzegał. Przejście przez Dom Hadesa obudzi najgorsze wspomnienia herosów. Związane z nimi duchy staną się niespokojne. Jeszcze jeden skok przez cienie z Reyną i trenerem Hedge’em, a Nico sam stanie się duchem. Druga możliwość wydaje się jeszcze gorsza: pozwolić, by umarł ktoś inny, zgodnie z zapowiedzią Hadesa.
Jasona nawiedza duch matki, która porzuciła go w dzieciństwie. Jason nie jest pewny, jak sprawdzi się jako przywódca, ale wie, że nie będzie łamał obietnic jak ona. Wypełni dotyczący go fragment przepowiedni: Pastwą ognia lub burz świat się stanie.
Reyna boi się duchów swoich przodków, od których emanuje gniew. Musi jednak skupić wszystkie siły na tym, by dostarczyć Atenę Partenos do Obozu Herosów, zanim wybuchnie wojna między Rzymianami a Grekami. Czy starczy jej siły, żeby tego dokonać, zwłaszcza że po piętach depcze jej przerażający myśliwy?
Leo martwi się, że jego plan nie wypali: że mogą mu przeszkodzić przyjaciele. Nie ma jednak innej drogi. Wszyscy wiedzą, że jedno z Siedmiorga musi umrzeć, żeby pokonać Gaję, Matkę Ziemię.
Piper musi nauczyć się poddawać strachowi. Tylko wtedy zdoła wykonać w końcu swoje zadanie: wypowiedzieć jedno jedyne słowo.
Herosi, bogowie i potwory – wszyscy mają rolę do odegrania w ostatecznym wypełnieniu przepowiedni w Krwi Olimpu, niezwykłym zakończeniu bestsellerowej serii „Olimpijscy Herosi”.

sobota, 25 kwietnia 2015

DOM HADESA ROZDZIAŁ II:

                                                HAZEL

Hazel jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa. No, może z wyjątkiem tego wieczoru, kiedy podczas uczty w obozie Jupiter, po zwycięstwie nad hordami Gai, Frank pocałował ją po raz pierwszy… Ale trwało to tak krótko…

Gdy tylko opuściła się na ziemię, podbiegła do Ariona i zarzuciła mu ręce na szyję.

– Tęskniłam za tobą! – Przycisnęła twarz do ciepłego boku konia, pachnącego morską solą i jabłkami. – Gdzie się podziewałeś?

Arion zarżał cicho. Hazel żałowała, że nie potrafi mówić końskim językiem, jak Percy, ale teraz go zrozumiała. W tym rżeniu była jakaś niecierpliwość, jakby Arion mówił: „Nie ma czasu na sentymenty, dziewczyno! Wsiadaj!”.

– Chcesz mnie dokądś zabrać?

Arion pokiwał łbem, grzebiąc kopytem w ziemi. Jego ciemnobrązowe oczy błyszczały przynaglająco.

Hazel wciąż nie mogła uwierzyć, że jej przyjaciel naprawdę tu jest. Potrafił mknąć po każdej powierzchni, nawet morza, ale starożytne krainy wokół Morza Śródziemnego na pewno nie były dla niego bezpieczne. Jak dla wszystkich półbogów i ich sprzymierzeńców.

Nie przybyłby tu, gdyby ona nie znalazła się w trudnej sytuacji. I był taki poruszony… Cokolwiek zdołało zaniepokoić tego nieustraszonego konia, powinno napełnić ją strachem.

Ale nie odczuwała lęku, raczej euforię. Miała już dość choroby morskiej i powietrznej. Na pokładzie „Argo II” czuła się jak skrzynia z balastem. Cieszył ją powrót na twardy grunt, nawet jeśli to było terytorium Gai. Już była gotowa wskoczyć na koński grzbiet.

– Hazel! – zawołał z okrętu Nico. – Co się dzieje?

– Wszystko gra!

Przykucnęła i podniosła z ziemi bryłkę złota. Aha, więc coraz lepiej panuje nad swoją mocą. Już dawno nie wyskakiwały wokół niej drogie kamienie, a teraz wyciągnięcie złota z ziemi okazało się takie łatwe.

Podała Arionowi bryłkę – jego ulubioną przekąskę. Potem uśmiechnęła się do Leona i Nica, którzy obserwowali ją znad szczytu drabinki, jakieś trzydzieści metrów wyżej.

– Arion chce mnie dokądś zabrać.

Chłopcy wymienili przerażone spojrzenia.

– Och… – Leo wskazał na północ. – Tylko mi nie mów, że chce cię zabrać tam!

Hazel była tak skupiona na Arionie, że do tej pory nie dostrzegła zagrożenia. Kilometr od niej, na grzbiecie najbliższego wzgórza, zbierała się burza nad jakimiś ruinami – może rzymskiej świątyni albo twierdzy. Lejowata chmura pełzła w dół, ku wzgórzu, jak czarny palec.

Hazel poczuła smak krwi. Spojrzała na Ariona.

– Chcesz popędzić tam?

Arion zarżał, jakby chciał powiedzieć: „Tak, i to szybko!”.

No cóż. Poprosiła o pomoc. Czyżby ojciec jej odpowiedział?

Taką miała nadzieję, ale w tej burzy wyczuwała coś więcej niż działanie Plutona… coś mrocznego, potężnego i raczej niezbyt przyjaznego.

A jednak… to jej szansa, by pomóc przyjaciołom – by ich poprowadzić, a nie tylko za nimi iść.

Zacisnęła pas swojego kawaleryjskiego miecza z cesarskiego złota i wspięła się na grzbiet Ariona.

– Będzie dobrze! – zawołała do Nica i Leona. – Zostańcie tu i czekajcie na mnie!

– Jak długo? – zapytał Nico. – A jeśli nie wrócisz?

– Nie martw się, wrócę – obiecała, mając nadzieję, że się nie myli.Uderzyła piętami w boki Ariona i pomknęli przez włoski krajobraz – prosto w nasilające się tornado.

DOM HADESA ROZDZIAŁ I :

HAZEL
Niewiele brakowało, by podczas trzeciego ataku Hazel została zmiażdżona olbrzymim głazem. Wpatrywała się w mgłę, dziwiąc się, że przelot nad jakimś głupim grzbietem górskim mógł okazać się tak trudny, kiedy rozbrzmiały okrętowe dzwonki alarmowe.

– Ster na prawą burtę! – wrzasnął Nico z przedniego pomostu latającego okrętu.

Leo zakręcił kołem sterowym i „Argo II” dokonał ostrego zwrotu w lewo; jego powietrzne wiosła cięły chmury jak rzędy długich noży.

Hazel popełniła błąd: spojrzała za burtę. Prosto na nią mknął ciemny kulisty kształt. Pomyślała: „Dlaczego księżyc na nas spada?”, a potem krzyknęła i padła na pokład. Olbrzymi głaz przeleciał jej nad głową tak blisko, że podmuch odgarnął jej włosy z czoła.

TRZASK!

Runął przedni maszt – żagiel, drzewce, reje i Nico, wszystko zwaliło się na pokład. Głaz, wielki jak furgonetka, zniknął we mgle, jakby miał gdzieś do załatwienia pilny interes.

– Nico! – Hazel podbiegła do niego, gdy Leo wyrównał poziom.

– Nic mi nie jest – mruknął Nico, wygrzebując się spod żaglowego płótna.

Pomogła mu wstać i oboje ruszyli chwiejnym krokiem ku rufie. Hazel zerknęła za burtę, tym razem ostrożniej. Chmury rozwiały się na tyle, że w dole dostrzegła szczyt góry: ostry jak dzida ząb czarnej skały wyrastający z porośniętych mchem zboczy. A na samym szczycie stał bóg gór – jeden z numina montium, jak nazywał je Jason. Albo ourae, po grecku. Jak zwał, tak zwał, ale spotkanie z nimi nie należało do przyjemności.

Podobnie jak inni, których już spotkali, miał na sobie prostą białą tunikę, a skórę chropowatą i ciemną jak bazalt. Mierzył prawie dwa metry i był umięśniony jak kulturysta. Miał rozwianą białą brodę, postrzępione włosy i dzikie spojrzenie, jak jakiś szalony pustelnik. Ryknął coś, czego Hazel nie zrozumiała, ale z całą pewnością nie były to słowa powitania. Wyrwał kawał skały ze szczytu góry i zaczął go ugniatać w kulę.

Po chwili mgła przysłoniła szczyt, ale kiedy bóg gór ryknął ponownie, odpowiedziały mu z oddali głosy innych numina, tocząc się echem po dolinach.

– Głupi skalni bogowie! – zawołał z rufy Leo. – Już po raz trzeci będę musiał wymieniać maszt! Myślicie, że maszty rosną na drzewach?!

Nico zmarszczył brwi.

– Maszty są z drzew.

– Nie o to chodzi!

Leo złapał za jedną z dźwigni wystających z kontrolera Nintendo wii i zakręcił nią. Niedaleko od niego w pokładzie rozwarł się otwór i wychynęło z niego działo z niebiańskiego spiżu. Hazel zdążyła zatkać uszy, gdy działo wzbiło się pod niebo, miotając metalowymi kulami, za którymi ciągnęły się smugi zielonego ognia. Kule na chwilę zawisły w powietrzu, wyrosły im kolce podobne do skrzydeł helikoptera, po czym pociski zniknęły we mgle. Chwilę później przez góry przetoczyła się seria eksplozji, a po niej ryk rozwścieczonych bogów gór.

– Ha! – krzyknął Leo.

Niestety, jak podejrzewała Hazel, sądząc po skutkach ich dwóch poprzednich spotkań ze skalnymi bogami, jego najnowsza broń tylko ich rozwścieczyła.

Jeszcze jeden głaz świsnął za lewą burtą.

– Wynośmy się stąd! – zawołał Nico.

Leo mruknął pod nosem parę niepochlebnych słów pod adresem numina, ale obrócił kołem sterowym. Silniki zabuczały. Magiczny takielunek napiął się, a okręt poszybował prawym halsem, nabierając szybkości. Lecieli znowu na północ, podobnie jak przez dwa poprzednie dni.

Hazel rozluźniła się dopiero wtedy, gdy góry zostały daleko za rufą. Mgła opadła. Pod nimi poranne słońce oświetlało włoski krajobraz – łagodne zielone wzgórza i złote pola, podobne do tych z północnej Kalifornii. Łatwo było sobie wyobrazić, że powracają do Obozu Jupiter.

Zrobiło jej się ciężko na sercu. Obóz Jupiter był jej domem zaledwie przez osiem miesięcy, odkąd Nico wyprowadził ją z Podziemia, ale teraz tęskniła za nim bardziej niż za rodzinnym domem w Nowym Orleanie, a już o wiele bardziej niż za Alaską, gdzie umarła w 1942 roku.

Tęskniła za swoją pryczą w baraku Piątej Kohorty. Tęskniła za kolacjami w wielkiej jadalni, z duchami wiatru polatującymi z półmiskami nad stołami i legionistami dowcipkującymi na temat ostatnich manewrów. Pragnęła spacerować po ulicach Nowego Rzymu, trzymając się za ręce z Frankiem Zhangiem. Chciała być znowu zwykłą dziewczyną mającą kochanego, opiekuńczego chłopaka.

A przede wszystkim pragnęła czuć się bezpieczna. Miała już dość nieustannego napięcia i strachu.

Stała na pokładzie rufowym. Nico wyciągał sobie drzazgi z ramion, a Leo naciskał guziki na konsoli sterującej okrętem.

– No, to było szlagtastyczne – powiedział. – Mam obudzić resztę?

Hazel kusiło, by odpowiedzieć „tak”, ale pomyślała, że reszta załogi miała nocną wachtę i zasłużyła na odpoczynek. A nie była to spokojna wachta, bo co parę godzin musieli odpierać ataki kolejnych rzymskich potworów, którym „Argo II” wydał się smacznym kąskiem.

Kilka tygodni temu z trudem uwierzyłaby, że można przespać atak boga gór, ale teraz nie miała wątpliwości, że przyjaciele wciąż chrapią zdrowo pod pokładem. Sama, gdy tylko nadarzała się sposobność, by rzucić się na koję, natychmiast zasypiała jak pod narkozą.

– Niech odpoczywają – powiedziała. – Będziemy musieli sami wytyczyć jakiś inny kurs.

Leo westchnął ciężko, wpatrując się w monitor. W poszarpanej roboczej koszuli i poplamionych smarem dżinsach wyglądał, jakby przed chwilą przegrał zapasy z lokomotywą.

Od czasu, gdy ich przyjaciele, Percy i Annabeth, wpadli do Tartaru, Leo bez przerwy harował. Często wpadał w złość i bywał jeszcze bardziej pobudzony niż zwykle.

Hazel martwiła ta zmiana, ale w głębi duszy czuła ulgę. Kiedy Leo uśmiechał się i żartował, za bardzo przypominał jej Sammy’ego, jej pradziadka… jej pierwszego chłopaka… dawno temu, w 1942 roku.

Dlaczego jej życie musi być tak pokręcone?

– Inny kurs – mruknął Leo. – Czyli jaki?

Na monitorze jaśniała mapa Włoch. Apeniny biegły przez półwysep w kształcie długiego buta. Zielona kropka „Argo II” mrugała po zachodniej stronie pasma gór, kilkaset kilometrów na północ od Rzymu. Kurs miał być prosty. Ich celem był Epir w Grecji, gdzie powinni znaleźć świątynię zwaną Domem Hadesa (albo plutona, jak go nazywali Rzymianie, albo, jak go nazywała w myślach Hazel: Najgorszego Nieobecnego ojca).

Aby dotrzeć do Epiru, powinni lecieć prosto na wschód – nad Apeninami i Adriatykiem. Niestety, za każdym razem, gdy próbowali przelecieć nad górami, atakowali ich miejscowi bogowie.

Przez ostatnie dwa dni lecieli więc na północ, mając nadzieję na znalezienie jakiejś bezpiecznej przełęczy. Bez skutku. Numina montium byli synami Gai, znienawidzonej przez Hazel bogini. Byli ich nieprzejednanymi wrogami. Leo nie był w stanie wznieść „Argo II” wyżej, by uniknąć ich ataków, a mimo całego systemu obronnego, w który wyposażył okręt, nie mógł przedrzeć się poza góry, nie ryzykując roztrzaskania go na kawałki przez głazy miotane przez tych bazaltowych bogów.

– To przez nas – powiedziała Hazel. – Przeze mnie i Nica. Numina nas wyczuwają.

Spojrzała na swojego brata przyrodniego. Odkąd wyswobodzili go z niewoli u olbrzymów, powoli nabierał sił, ale wciąż był żałośnie chudy. Czarna koszulka i dżinsy wisiały na nim jak na szkielecie. Długie czarne włosy opadały mu na zapadnięte oczy. Jego oliwkowa skóra nabrała chorobliwego zielonkawobiałego odcienia, jak brzozowy sok.

Licząc po ludzku, miał niecałe czternaście lat, a więc był zaledwie o rok starszy od Hazel, ale w ich przypadku sam wiek nie decydował o wszystkim. Podobnie jak Hazel, Nico di Angelo był półbogiem pochodzącym z innej ery. Promieniował jakąś starą energią – i melancholią płynącą z wiedzy o tym, że nie należy do współczesnego świata.

Hazel krótko go znała, ale rozumiała, a nawet podzielała jego smutek. Dzieci Hadesa (albo Plutona) rzadko mają szczęśliwe życie. A sądząc z tego, co Nico powiedział jej poprzedniej nocy, kiedy dotrą do Domu Hadesa, czeka ich jeszcze największe wyzwanie – którego zabronił jej wyjawiać innym.

Nico zacisnął palce na rękojeści swojego stygijskiego miecza.

– Duchy ziemi nie lubią dzieci Podziemia. To prawda. Włazimy im za skórę… dosłownie. Myślę jednak, że te numina i tak wywęszyłyby nasz okręt. Wieziemy Atenę Partenos. Ten posąg jest jak magiczna latarnia morska.

Hazel przeszedł dreszcz, gdy pomyślała o potężnym posągu zalegającym w luku. Dużo ich kosztowało wydobycie go z jaskini pod Rzymem, ale wciąż nie mieli pojęcia, co z nim zrobić. Jak dotąd tylko przyciągał coraz to nowe potwory.

Leo przesunął palcem po monitorze, w dół mapy Włoch.

– Nie przelecimy nad górami. Dopadną nas wszędzie.

– Możemy przepłynąć morzem. Wokół południowego krańca Włoch.

– To długa droga – powiedział Nico. – No i nie mamy… no wiecie, naszego eksperta od żeglugi. Percy'ego.

To imię zawisło w powietrzu jak nadciągająca burza.

Percy Jackson, syn Posejdona… półbóg, którego Hazel chyba najbardziej lubiła i podziwiała. Tyle razy uratował jej życie podczas ich wyprawy na Alaskę, a kiedy potrzebował jej pomocy w Rzymie, zawiodła go. Patrzyła, bezsilna, jak on i Annabeth spadają w tę otchłań.

Wzięła głęboki oddech. Percy i Annabeth wciąż żyją. Wiedziała to, czuła to w duszy. Wciąż mogła im pomóc, gdyby tylko dotarła do Domu Hadesa, gdyby tylko udało jej się sprostać wyzwaniu, przed którym ostrzegł ją Nico.

– A gdyby dalej lecieć na północ? – zapytała. – Przecież musi być jakaś przełęcz, jakaś przerwa między tymi górami…

Leo pomajstrował przy zainstalowanej na konsoli spiżowej kuli Archimedesa – swojej najnowszej i najniebezpieczniejszej zabawce. Za każdym razem, gdy Hazel na nią spojrzała, robiło jej się sucho w ustach. Bała się, że Leo pomyli kombinację szyfru na kuli i przypadkowo zdmuchnie ich wszystkich z pokładu albo wysadzi cały okręt w powietrze. Albo zamieni „Argo II” w olbrzymi toster.

Tym razem mieli szczęście. Z kuli wyrosła kamera, która wyświetliła nad konsolą trójwymiarowy obraz Apeninów.

– No nie wiem. – Leo przyjrzał się hologramowi. – Nie widzę na północy żadnej dobrej przełęczy. Ale wolę ten pomysł od powrotu na południe. Wszędzie, tylko nie znowu do Rzymu.

Nie oponowali. Rzym nie był miłym wspomnieniem dla nikogo.

– Cokolwiek zrobimy – odezwał się Nico – powinniśmy się pospieszyć. Każdy dzień, który Annabeth i Percy muszą spędzić w Tartarze…

Nie musiał kończyć. Mieli nadzieję, że Percy i Annabeth zdołają przetrwać w Tartarze na tyle długo, by odnaleźć wewnętrzną stronę wrót Śmierci. Potem, zakładając, że „Argo II” dotrze do Domu Hadesa, może im się uda otworzyć wrota od strony śmiertelnego świata, ocalić przyjaciół i zamknąć wejście do Tartaru, by wojska Gai nie odradzały się bezustannie w świecie śmiertelników.

Tak… Ten plan musi się powieść.

Nico spojrzał ponuro na włoski krajobraz.

– Może jednak powinniśmy obudzić innych. Ta decyzja dotyczy nas wszystkich.

– Nie – powiedziała Hazel. – Sami znajdziemy jakieś rozwiązanie.

Nie bardzo wiedziała, dlaczego się przy tym upiera, ale od opuszczenia Rzymu załoga zaczęła się rozsypywać. Wcześniej nauczyli się działać zespołowo. A potem… bum… dwoje ich najważniejszych przyjaciół spadło do Tartaru. Percy był trzonem grupy. To on dawał im poczucie pewności, kiedy żeglowali przez Atlantyk i Morze Śródziemne. A Annabeth była de facto ich przywódczynią. Sama odnalazła Atenę Partenos. Była z nich najbystrzejsza, zawsze potrafiła znaleźć jakieś rozwiązanie.

Gdyby Hazel budziła całą załogę za każdym razem, kiedy pojawiał się jakiś problem, kończyłoby się to kłótniami, po których wszyscy czuliby się jeszcze gorzej.

Musi zrobić wszystko, by Percy i Annabeth byli z niej dumni.

Musi przejąć inicjatywę. Nie może uwierzyć, że jej jedyną rolą w tej wyprawie ma być to, przed czym ostrzegał ją Nico: usunięcie jakiejś przeszkody czekającej na nich w Domu Hadesa. Odsunęła od siebie tę myśl.

– Trzeba pomyśleć. Twórczo. Znaleźć inny sposób przekroczenia tych gór albo ukrycia się przed ich bogami.

Nico westchnął.

– Gdyby chodziło tylko o mnie, mógłbym zamienić się w widmo. Ale nie zamienię całego okrętu. I… prawdę mówiąc, nie jestem pewien, czy mam w sobie dość sił, by samemu tak podróżować.

– Może mógłbym zmajstrować jakiś kamuflaż – powiedział Leo.

– Jakąś zasłonę dymną, która ukryłaby nas w chmurach.

W jego głosie brak było entuzjazmu.

Hazel spojrzała w dół, na wiejski krajobraz, myśląc o tym, co jest pod nim – królestwo jej ojca, pana Podziemia. Tylko raz spotkała Plutona, ale wówczas nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, kim on jest. Nigdy nie oczekiwała od niego pomocy – ani w czasie swojego pierwszego życia, ani wtedy, kiedy była duchem w Podziemiu, ani po tym, jak Nico ściągnął ją z powrotem do świata żywych. Tanatos, sługa jej ojca, bóg śmierci, zasugerował jej, że może powinna być wdzięczna Plutonowi za to, że ją ignoruje. W końcu nie powinna żyć. Gdyby ojciec się nią zainteresował, mógłby zażądać jej powrotu do świata umarłych.

Co oznaczało, że wzywanie Plutona byłoby bardzo złym pomysłem. A jednak…

Słowa modlitwy same się w niej narodziły.

„Tato, proszę. Muszę znaleźć drogę do twojej świątyni w Grecji… do Domu Hadesa. Jeśli tam jesteś, pokaż mi, co mam zrobić”.

Na skraju horyzontu przyciągnął jej uwagę jakiś ruch – coś małego i beżowego mknęło przez pola z niewiarygodną prędkością, pozostawiając za sobą smugę jak odrzutowiec.

Nie wierzyła własnym oczom. Nie śmiała uwierzyć, ale to… to musi być…

– Arion.

– Co? – zapytał Nico.

Leo krzyknął z radości, kiedy płowy obłoczek nieco się przybliżył.

– Stary, to jej koń! Szkoda, że cię przy tym nie było. Nie widzieliśmy go od Kansas!

Hazel roześmiała się – po raz pierwszy od wielu dni. Tak dobrze było zobaczyć starego przyjaciela…

Beżowa plamka okrążyła jedno ze wzgórz na północy i zatrzymała się na jego szczycie. Hazel jeszcze go dobrze nie widziała, ale kiedy koń stanął dęba i zarżał, jego głos dotarł aż do „Argo II” i już nie miała wątpliwości. To był Arion.

– Musimy się z nim spotkać. Przybył tu, żeby nam pomóc.

– No dobra – Leo podrapał się po głowie – ale… no… mówiliśmy, żeby już nigdy nie lądować na ziemi, chyba pamiętasz? Przecież Gaja tylko na to czeka.

– Wystarczy, że się tam zbliżysz. Zejdę po drabince linowej. – Serce biło jej mocno. – Myślę, że Arion chce mi coś powiedzieć.

CYTATY:

"Wszyscy wielcy wojownicy odczuwają strach. Nie boja się tylko głupcy i ci, którzy karmią się złudzeniami"

"-Głupi skalni bogowie!-zawołał z rufy Leo.-Już po raz trzeci będę musiał wymieniać maszt! Myślicie, że maszty rosną na drzewach?!
Nico zmarszczył brwi.
-Maszty są z drzew.
-Nie o to chodzi!"

"Kilka tygodni temu z trudem uwierzyłaby, że można przespać atak boga gór, ale teraz nie miała wątpliwości, że przyjaciele wciąż chrapią zdrowo pod pokładem."

 "Leo westchnął ciężko, wpatrując się w monitor. W poszarpanej roboczej koszuli i poplamionych smarem dżinsach wyglądał, jakby przed chwilą przegrał zapasy z lokomotywą."

 "-Oczywiście. Kiedy jakaś maszyna nawala, stepuję sobie wokół niej. Za każdym razem działa."

 "-Jesteśmy na wycieczce po Tartarze... no wiesz, coś w rodzaju objazdu po egzotycznych krajach. Podziemie jest przereklamowane, Olimp to turystyczna pułapka..."

 "-Służymy zgorzkniałym i pokonanym - powiedziały arai. - Służymy poległym, którzy wraz z ostatnim tchem modlą się o zemstę. Mamy dla was wiele klątw.
[...]
-Doceniam waszą uprzejmość - powiedział (Percy)- ale mama mnie uczyła, bym nie przyjmował klątw od obcych."

"Leo! - ryknął Mars.
- Leo musi umrzeć! Zaduś go! - zawołał Ares. - Zaduś wszystkich! O kim to my mówimy?"
 
 "Zabij go! - krzyknął Mars.
 Kocham tego faceta! - odkrzyknął Ares. - Ale i tak go zabij!" 

"-Leo! - Jason potrząsał go za ramię. - Hej, stary, dlaczego obejmujesz Nike?
Leo otworzył oczy. Zobaczył, że jego ręce oplatują figurę stojącą na dłoni Ateny. Pewnie natrafił na nią, kiedy miał ten koszmarny sen. Przywarł do bogini zwycięstwa, jak zwykł był przytulać się do poduszki, kiedy jako dziecko miał koszmarne sny.
Usiadł pocierając twarz.
-A co, żal ci? - mruknął. - Przytulamy się." 
 

Czwarty tom z serii "Olimpijscy Herosi" 

tom 4 Dom Hadesa :

Okładka książki Dom Hadesa 

HAZEL STOI NA ROZDROŻU.
  Ona i cała załoga Argo II mogą powrócić do domu z posągiem Ateny Partenos i zapobiec wojnie między Obozem Herosów i Obozem Jupiter. Mogą też kontynuować wyprawę do Domu Hadesa, gdzie mają nadzieję otworzyć Wrota Śmierci, uwolnić Percy’ego i Annabeth z Tartaru i udaremnić potworom odradzanie się w świecie śmiertelników. Bez względu, jaką decyzję podejmą, muszą się spieszyć, bo czas ucieka. Gaja, krwiożercza Matka Ziemia, wyznaczyła 1 sierpnia na swój powrót do władzy.

ANNABETH I PERCY SĄ W ROZPACZLIWYM POŁOŻENIU. 
Jak przejdą przez cały Tartar? Głodni, spragnieni i obolali, wloką się w mroku przez trujące pustkowia, gdzie napotykają wciąż nowe potworności. Nie wiedzą, jak odnaleźć Wrota Śmierci, wiedzą tylko, że po stronie Tartaru strzeże ich legion najpotężniejszych potworów Gai. Sami, we dwoje, nie zdołają ich pokonać.

Mimo tych strasznych, mrożących krew w żyłach okoliczności Hazel, Annabeth, Percy i reszta półbogów z Przepowiedni Siedmiorga są przekonani, że mają tylko jedno wyjście: porwać się na to, co wydaje się niemożliwe. Nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich, których kochają. Nawet jeśli miłość okaże się najbardziej ryzykownym z wyborów.


Przyłącz się do półbogów stojących przed największym wyzwaniem w swoim życiu.  

Książka zawiera również opowiadanie "Syn Sobka" czyli złączenie serii „Percy Jackson i bogowie olimpijscy“ i "Kroniki rodu Kane".''

czwartek, 26 lutego 2015

CYTATY:

"- Tak się cieszę, że tu jesteście - powiedziała Afrodyta - nadchodzi wojna. Rozlew krwi jest nieunikniony. Można zrobić tylko jedno.
- Och... ale co? - zapytała Annabeth.
- Co? Oczywiście napić się herbaty i pogawędzić. Chodźcie!"

"Reszta załogi schroniła się pod pokładem - wszyscy prócz trenera Hedge'a, który przywarł do relingu na dziobie, rycząc: "NO DALEJ! Jezioro, pokaż co potrafisz!"

"Nigdy się nie rozstaniemy - powiedział. - Nie opuścisz mnie. Już nigdy."

"Herkulesa?-Percy zmarszczył czoło-Ten facet jest jak Starbucks starożytnej Grecji. Dokądkolwiek się obrócisz, wszędzie jest."

"- Och, to jeszcze jeden wspaniały pomysł Leona Valdeza. Nie uwierzysz, co można zdziałać, mając kulę Archimedesa, dziewczynę, która wywęszy wszystko w podziemiach, i łasiczkę.
- To ja byłem łasiczką - burknął Frank."

"- Już w porządku - powiedział. - Jesteśmy razem.
Nie powiedział: "Nic się nie stało" albo "Żyjemy". Po tym wszystkim, co przeszli w ciągu ostatniego roku, najważniejsze było, że są razem. Kochała go za to."

"- To głupota - powiedziała Lwia Głowa. -Tylko opóźniasz swoją śmierć.
- Opóźnianie swojej śmierci to moje ulubione hobby."

"-Nie powinnam w ogóle istnieć."

"Annabeth chwyciła go[Percy'ego] za nadgarstek i szybkim ruchem przerzuciła sobie przez ramię. Upadł całym ciałem na bruk. (...) Wparła kolano w pierś Percy'ego. Przycisnęła mu gardło przedramieniem.(...)
-Jeśli kiedykolwiek znowu mnie opuścić (...) to przysięgam na wszystkich bogów...(...)
-Przyjąłem ostrzeżenie - rzekł Percy. - Ja też za Tobą tęskniłem."

"- Ratujcie się! - zawołał Percy. - Dla nas już za późno na ratunek! - Z jego ust wyrwał się zduszony okrzyk. Wskazał na miejsce, w którym ukrywał się Frank. - Och, nie! Frank zamienia się w szalonego delfina! 
Nic się nie stało. 
- Powiedziałem, Frank zamienia się w szalonego delfina! 
Frank wychnął zza balisty i pokazowo chwycił się za gardło. 
- Och, nie! - powiedział, jakby czytał z promptera w studium telewizyjnym. - Zamieniam się w szalonego delfina."

"-Leonie Valdezie! - zawył duch. - Otwórz te drzwi albo cię zabiję!
-Uczciwa i wspaniałomyślna propozycja!- odparł Leo."

„Całkiem niezła sztuczka jak na chłopaka, który robił całkiem przeciętne wrażenie”    

Trzeci tom  z serii "Olimpijscy Herosi"

tom 3 - Znak Ateny:


ANNABETH JEST PRZERAŻONA. Właśnie gdy ma znowu spotkać się z Percym po sześciu miesiącach rozłąki, na którą skazała ich Hera, Obóz Jupiter szykuje się do wojny. Kiedy dziewczyna i jej przyjaciele Jason, Piper i Leo przylatują tam na pokładzie Argo II, rzymscy półbogowie sądzą, że to inwazja: grecki okręt wojenny – fantastyczne dzieło Leona, z miotającym ogień spiżowym smokiem na dziobie – odbierają jako zagrożenie. Annabeth ma nadzieję, że kiedy Rzymianie zobaczą na pokładzie Jasona, swojego pretora, przekonają się, że goście z Obozu Herosów przybywają z pokojową misją.

TO NIE JEST JEDYNY POWÓD JEJ LĘKU. Annabeth ma w kieszeni dar od matki, który otrzymała z żądaniem: „Idź za Znakiem Ateny. Pomścij mnie”. Dziewczyna i tak już dźwiga ciężar przepowiedni, według której siedmioro półbogów ma wyruszyć na poszukiwanie Wrót Śmierci, aby je zamknąć i udaremnić powrót potworów na świat. Czego jeszcze chce od niej Atena?

ANNABETH NAJBARDZIEJ BOI SIĘ JEDNAK TEGO, ŻE PERCY MÓGŁ SIĘ ZMIENIĆ. Może przyjął już rzymskie poglądy i obyczaje? Może nie są mu już potrzebni dawni greccy przyjaciele, a w razie konfliktu stanie po stronie Rzymian? Jako córka bogini wojny i mądrości Annabeth jest urodzoną przywódczynią, ale nie chce już nigdy rozstawać się z ukochanym Percym, synem boga mórz.

PEŁNA NIESAMOWITYCH PRZYGÓD WYPRAWA Z AMERYKI DO RZYMU, gdzie czekają na młodych herosów zaskakujące odkrycia, niespodziewane wybory i straszliwe zagrożenia. Od powodzenia ich misji zależą losy całego świata. Wejdź z nimi na pokład Argo II, jeśli masz odwagę…

środa, 18 lutego 2015

Liebster Award

Zostałam nominowana przez S.S.Dream
miło choć nie uważam że mój blog na to zasługuje ;)

„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”




1. Lubisz prowadzić swojego bloga i czy chcesz go prowadzić? 
Chyba tak , mam do niego jakiś taki sentyment więc zapewne będę go prowadzić dalej ;)
2. Co lubisz robić w wolnym czasie?
Czytać książki,oglądać anime, spędzać czas przyjemnie
3. Co jest twoim największym celem?
Przeżyć jakoś to życie :D . Nie no,nie mam raczej  żadnego celu w swym życiu może się to zmieni w przyszłości  :)
4. Jakie są twoje ulubione książki i dlaczego?
Och dużo ich mam XD mm bardzo lubię serie Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy , Szklany Tron tom 1 (tom 2 już mi się tak nie podobał czekam na 3 cz.) Kamienne ciało (tom 1) Nieustraszony (tom 2). Uwielbiam czytać takie książki bo jest przygoda,akcja i miłość :D
5. Wiem, że lubisz anime. Jakie są twoje ulubione serie i dlaczego?
Lubię :

Fairy Tail
 Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo
Aldnoah.Zero 
Pamiętniki Wampirów
Nanatsu no Taizai

A z takich co już się skończyły to :

Trinity Seven
One Week Friends  
Soredemo Sekai wa Utsukushii 
Isekai no Seikishi Monogatari 
Zero no Tsukaima  
Ookami Shoujo to Kuro Ouji  
Kokoro Connect 
Hentai Ouji to Warawanai Neko 
Ao no Exorcist

Wiem trochę dużo ale to moje ulubione :)

6. Jakie książki przeczytałaś?
Och dużo by ich wymieniać głównie interesuje mnie magia , smoki , inny świat , przygoda czyli fantastyka i fantasy (z tego co mi wiadomo to to się różni)
7. Czy chciałabyś kiedyś napisać bloga z opowiadaniem czy choćby samo opowiadanie?
Chyba tak ale wiem że nie dałabym radę , zabrakło by mi pomysłu i nie umiem pisać
raczej wolę sobie wyobrażać jakieś sytuacje z moimi bohaterami ale to takie krótkie albo jak coś czytam to że ta osoba mogłaby zrobić coś innego i późniejsza sytuacja która z tego wynika.
8. Jakie lubisz zwierzę?
Lubię dużo zwierząt ale moim ulubionym jest kot na równi z psem ;)
9. Dlaczego prowadzisz bloga akurat o książkach?
Chciałam pisać o czymś co mnie interesuje i pokazać innym wiele ciekawych książek które przeczytałam
10. Co robisz w ferie?
Narazie siedzę w domu i oglądam anime bo książek nowych nie mam
11. W którym dniu i miesiącu się urodziłaś?
18 marzec - koniec zimy początek wiosny :)

Mam nadzieje że wypowiedziałam się wyczerpująco.Starałam się odpowiedzieć jak najlepiej  :)

Nominuję:
http://swiat-rogacza.blog.pl
http://nalu4ever.blogspot.com
http://mscolores.blogspot.com

1.Co się natchnęło do napisania tego blogu?
2.Z czego czerpiesz pomysły?
3.Czy jesteś zadowolona/-ny  ze swojego blogu?
4.Czy czytasz inne blogi?
5.Lubisz prowadzić swojego bloga?
6.Jeśli oglądasz jakieś anime to jakie jest twoje ulubione?
7.Jeśli czytasz książki to jakie są twoje ulubione?
8.Jaki jest twój ulubiony bohater/bohaterka?
9.Co lubisz robić w wolnym czasie?
10.Ulubiona muzyka?
11.Co lubisz robić najbardziej?
 

 

 

 

 

 

 













niedziela, 8 lutego 2015

CYTATY:

"- Chciałbym mieć ADHD albo dysleksję. A mam tylko nietolerancję laktozy.
Percy uśmiechnął się.
- Poważnie?
[...]
- I uwielbiam lody..."

"- Reyna wysłała mnie po Percy'ego. Oktawian cię zaakceptował?
- Tak - odrzekł Percy. - Zarżnął moja pandę.
- On... Och. Wróżba? Tak, pluszowe misie moją koszmarne sny o tym facecie. (...)"

"-Twoja matka nauczyła mnie pewnego chińskiego przysłowia. Jedz gorycz...
-Jedz gorycz, poczuj słodycz. Nienawidzę tego przysłowia."

"Zamówili wielkie talerze jajek, naleśników i kiełbasek z reniferów, chociaż Frank był trochę zaniepokojony tym ostatnim daniem.
- Uważacie, że zjadanie Rudolfa jest w porządku?
- Koleś, mógłbym teraz zjeść wszystkie renifery Świętego Mikołaja - odrzekł Percy. - Jestem głodny."

"Och, Hazel jest niesamowita! – ucieszył się Don(faun czyli grecki satyr). – Jest taka słodziutka! Wszyscy inni obozowicze mówią: „Spadaj, Don”. A ona mówi: „Proszę Cię, Don, spadaj”. Uwielbiam ją!" 

"- Jesteś augurem? - przerwał mu bóg.
- T-tak, panie.
Mars wyciągnął z pasa zwój.
- Czy ktoś ma długopis?
Legioniści wytrzeszczyli na niego oczy.
Mars westchnął.
- Dwie setki Rzymian i nikt nie ma nic do pisania. (...)"

"Użalanie się nad sobą nie pomaga w życiu, synu."

"Możesz być kim zechcesz, powiedziała jego matka.
Nie"-pomyślał. - "Nie mogę być aż takim egoistą."

"- [...] Syn Neptuna? Powinieneś mieć potężną aurę przyciągającą potwory wszelkiego rodzaju.
- Zgadza się, Mówiono mi, że śmierdzę."

"Wyjaśniła mu, że ogry otoczyły dom przed trzema dniami, czekając na niego.
- Chcą cię upiec i zjeść - powiedziała z odrazą. - To śmieszne. Na pewno smakujesz okropnie.
- Dzięki, babciu."

"- (...) W tęczy pojawiła się Reyna, jak na wideokonferencji. Była w łaźni. Okropnie ją wystraszyłam.
- Wiele bym dał, żeby to zobaczyć - powiedział Frank. - To znaczy... jej minę. Nie kąpiel."

"Dziwne rzeczy się dzieją, kiedy ktoś próbuje przechytrzyć przeznaczenie."

"(...) - To mężczyźni tacy jak ty doprowadzili do upadku świat śmiertelników. Jedynym harmonijnym społeczeństwem jest nasze, rządzone przez kobiety. Jesteśmy silniejsze, mądrzejsze...
- Skromniejsze - dodał Frank."

"- To co, może pokarzesz mi łaźnie? - powiedział Percy. - Jestem brudny.
Frankowi udało się uśmiechnąć.
- No tak. Trochę to czuć."

"Szykuje się niezła zabawa - pomyślała. - Syn Neptuna i syn Plutona przybywają do obozu tego samego dnia. Brakuje tylko czarnych kotów i stłuczonych luster."

"- Dzięki, Hazel – powiedział. – A… co właściwie oznacza to.. to poręczenie za mnie?
- Gwarantuję, że będziesz się dobrze zachowywał. Uczę cię regulaminu, odpowiadam na twoje pytania, zapewniam, że nie przyniesiesz wstydu legionowi.
- A… jak zrobię coś złego?
- Wtedy zabiją i mnie i Ciebie. Jesteś głodny? Chodźmy coś zjeść."

"- Współudział jest dobry. Koniec z przerwami w życiorysie. Największa przerwa w dostawie prądu w Stanach Zjednoczonych czternastego sierpnia 2003 roku. Hazel zgodziła się na współudział. Koniec z przerwami w życiorysie.
Percy podrapał się po czole.
- No właśnie... I tak sobie gawędziliśmy przez całą noc. I nadal nie wiem, o czym ona mówi."

"- Godło twojej mamy. Tej... no, bogini wojny. - Próbował sobie przypomnieć jej imię, ale nie chciał się pomylić. Coś jak Bolonia... albo salami?
- Tak, Bellony. [...]"

"- Sprawdzimy, co się dzieje z Hazel? - zapytał.
- Da radę... mam nadzieję - odrzekł Frank. - W podziemiach nieźle sobie radzi. Naprzód! Już prawie doszliśmy.
- Prawie dokąd?
Juna zachichotała.
- Wszystkie drogi tam prowadzą, moje dziecko. Powinieneś to wiedzieć.
- Do więzienia?
- Do Rzymu, moje dziecko. Do Rzymu."

"Życie jest tak cenne tylko dlatego, ze ma swój koniec, synu. Mówi ci to bóg. Wy, śmiertelnicy, nie wiecie jakie macie szczęście."

"Słyszał opowieści o ludziach, którym amputowano rękę lub nogę i którzy wciąż odczuwali bóle w miejscu, gdzie ta kończyna była wcześniej. Tak było z jego świadomością - jakby bolałby go utracone wspomnienia."

"Polybotes przetoczył się przez granice miasta.
-Mam cię- zawołał Terminus- To jest sprzeczne z prawem.!
Polybotes zmarszczył czoło, najwyraźniej zdumiony, że ruga go jakiś posąg."

"Nie trać nadziei, Frank. Tęcze to zawsze znaki nadziei."

"Percy mruknął po grecku coś, co prawie na pewno nie spodobałoby się zakonnicom w Akademii Świętej Agnieszki."

"- Dobry pełzający gad - rzekł Frank, świadom, że ma w kieszeni na piersiach drewienko. - Dobry, trujący, rzygający ogniem gad."

"- Jak dorosnę, zostanę Percym Jacksonem- oświadczyła Julia(- Sześcioletnia dziewczynka, pomocnica Terminusa rzymskiego boga granic w Obozie Jupiter)."        
               

OPIS:

Akcja rozpoczyna od walki Percy’ego z gorgonami, jednak heros odkrywa pewną nieprawidłowość- potwory nie mogą zabić jego, a on nie może zabić potworów. Wtem pojawia się staruszka, która prosi go o pomoc. Chłopak wiedziony przez tajemniczą starszą panią, która potem okazuje się być rzymską boginią trafia do obozu, gdzie wszyscy nazywają go „graecus”, co znaczy dosłownie grek, wróg, nieprzyjaciel. Sam heros nic nie pamięta z wyjątkiem jednego imienia- Annabeth lecz wkrótce zaprzyjaźnia się z enigmatyczną Hazel i niezdarnym Frankiem. W obliczu zagrożenia ze strony armii Gai, którą dowodzi jeden z jej synów- gigant Polybotes zostaje wyznaczona misja, którą dostaje Percy i jego nowi przyjaciele. Mają zniszczyć Alkyoneusa, z tym że nie mają pojęcia, gdzie się ukrywa ani, jak mają to zrobić…

"SYN NEPTUNA" rozdział 1:

Wężowłose jędze zaczęły Percy’ego irytować. Nie zginęły raz na zawsze, kiedy w Galerii Wyprzedaży w Napa zbombardował je całą skrzynką kul do gry w kręgle. Nie zginęły, kiedy w Martinez rozjechał je policyjnym radiowozem. I – co było już całkiem niewiarygodne – nie zginęły, kiedy poodcinał im głowy w parku Tilden. Za każdym razem gdy je zabijał, rozsypywały się w proch, ale już po chwili zaczynały się formować na nowo, jak wielkie rozjuszone koty z kurzu. Wydawało się, że nigdy się ich nie pozbędzie. Dotarł na szczyt wzgórza i zatrzymał się, łapiąc oddech. Ile czasu minęło, odkąd pozabijał je po raz ostatni? Może dwie godziny. Nigdy nie pozostawały martwe na dłużej. Od kilku dni prawie nie zmrużył oka. Żywił się tym, co udało mu się zdobyć – lepkimi batonikami z automatów, stęchłymi bajglami, nie pogardził nawet krokietem z fast foodu, co było już poniżej jego godności. Ubranie miał poszarpane, nadpalone i obryz­gane śluzem potworów. Udało mu się przeżyć tylko dlatego, że owe dwie wężowłose jędze – gorgony – również jakoś nie mogły go zabić. Ich szpony nie rozdzierały mu skóry, zęby im się łamały, kiedy próbowały go ukąsić. Czuł jednak, że dłużej już nie wytrzyma. Wkrótce całkiem opadnie z sił i choć teraz jeszcze wydaje się to niemożliwe, wówczas na pewno znajdą jakiś sposób, aby go zabić. Dokąd uciec? Rozejrzał się. W innych okolicznościach pewnie podziwiałby te widoki. Na lewo biegły w głąb lądu złociste wzgórza, nakrapiane jeziorami, lasami i stadami krów. Na prawo rozciągały się równiny Berkeley i Oakland – rozległa szachownica podmiejskich osiedli z kilkoma milionami mieszkańców, którzy na pewno nie życzyliby sobie, by jakieś dwa potwory i obszarpany półbóg zepsuli im spokój letniego poranka. Jeszcze dalej na zachód lśniła pod srebrną mgiełką Zatoka San Francisco, a za nią większość miasta otulał wał gęstej mgły, z której wyłaniały się tylko szczyty drapaczy chmur i wieże mostu Golden Gate. Ogarnął go dziwny smutek. Coś mu mówiło, że już kiedyś był w San Francisco. To miasto miało jakiś związek z Annabeth – jedyną osobą, którą pamiętał. Dręczył go ten brak wspomnień. Wilczyca obiecała, że znowu spotka się z Annabeth i że odzyska pamięć – jeśli jego wędrówka zostanie uwieńczona sukcesem. Może powinien przepłynąć przez zatokę?
Niezły pomysł. Nawet stąd czuł kuszącą moc oceanu. Woda zawsze dodawała mu sił, a już wiedział, że słona jest najlepsza. Odkrył to dwa dni wcześniej, kiedy w cieśninie Carquinez zadusił morskiego potwora. Gdyby dotarł do zatoki, mógłby stoczyć śmiertelną walkę. Może nawet udałoby mu się utopić gorgony. Ale od wybrzeża dzieliły go przynajmniej trzy kilometry. Musiałby przejść przez całe miasto.
Powstrzymywała go też inna sprawa. Wilczyca Lupa nauczyła go, jak wyostrzyć zmysły: trzeba zawierzyć instynktowi, a ten wiódł go na południe. Percy czuł silne mrowienie w całym ciele, jakby ów samonaprowadzający radar alarmował go, że cel wędrówki jest blisko – prawie tu, pod jego stopami. Ale czy to możliwe? Tutaj, na samym szczycie jakiegoś wzgórza?
Wiatr powiał z innej strony. Percy wyczuł odór gadów. Niecałe sto metrów niżej coś szeleściło w lesie, łamiąc gałązki, krusząc liście i sycząc.
Gorgony.
Po raz któryś zapragnął, żeby nie miały tak dobrego węchu. Zawsze mu mówiły, że potrafią go wyczuć, bo jest półbogiem – synem jakiegoś starego rzymskiego boga. Próbował wytarzać się w błocie, kąpać w strumieniach, nawet trzymać w kieszeniach odświeżacze powietrza, żeby pachnieć wnętrzem nowego samochodu, ale najwyraźniej półboskiego smrodku nic nie mogło stłumić.
Powlókł się na zachodni kraniec szczytu. Było zbyt stromo, by zejść tamtędy ze wzgórza. W dole, ze dwadzieścia metrów niżej, widniał dach jakiejś willi wbudowanej w zbocze. Jeszcze piętnaście metrów niżej spod podstawy wzgórza wyłaniała się szosa bieg­nąca serpentynami do Berkeley.
Wspaniale. Nie ma innego zejścia.
Dał się zapędzić w kozi róg.
Spojrzał na sznur samochodów zmierzających ku San Francis­co. Żałował, że nie jedzie którymś z nich. A potem zdał sobie sprawę z tego, że szosa musi przecinać wzgórze. Tunelem… tuż pod jego stopami.
Wewnętrzny radar oszalał. Tak, znalazł się we właściwym miejscu, tylko trochę za wysoko. Musi sprawdzić ten tunel. Musi jakoś dostać się na szosę – i to szybko.
Zdjął plecak. W Galerii Wyprzedaży w Napa udało mu się zdobyć sporo rzeczy: kieszonkowy GPS, taśmę izolacyjną, latarkę, superklej, manierkę, śpiwór, pluszową poduszkę w kształcie misia pandy (jak ta w telewizji) i szwajcarski scyzoryk wojskowy – prawie cały niezbędnik nowoczesnego herosa. Brakowało czegoś, co mogłoby służyć jako spadochron albo sanki.
Pozostawały dwie opcje: skoczyć dwadzieścia metrów w dół i złamać sobie kark albo zostać na górze i walczyć. Obie brzmiały paskudnie.
Zaklął i wyciągnął z kieszeni długopis.
Długopis wyglądał całkiem zwyczajnie, ale gdy tylko Percy zdjął z niego zatyczkę, zamienił się w lśniący spiżowy miecz. Klinga była idealnie wyważona. Owinięta skórą rękojeść pasowała do ręki, jakby zrobiono ją specjalnie dla niego. Na gardzie wygrawerowano greckie słowo, które Percy dziwnym trafem rozumiał: Anaklysmos – Orkan.
Kiedy to było, gdy przebudził się z tym mieczem w dłoni owej pierwszej nocy spędzonej w Wilczym Domu? Dwa miesiące temu? Więcej? Stracił poczucie czasu. Znalazł się na dziedzińcu jakiegoś spalonego dworku pośród lasu, ubrany tylko w szorty i pomarańczową koszulkę. Na szyi miał rzemień z dziwnymi glinianymi paciorkami, a w ręku ten miecz. Nie miał zielonego pojęcia, jak się tam znalazł, i tylko jakieś bardzo mętne przeczucie co do tego, kim jest. Był bosy, przemarznięty i oszołomiony. A potem pojawiły się wilki…
Tuż koło niego rozległ się znajomy głos, sprowadzając go na ziemię:
– Tu jesteś!
Uskoczył przed gorgoną, o mało nie spadając ze szczytu wzgórza.
To ta uśmiechnięta – Beano.
No dobra, naprawdę nie nazywała się Beano. Chyba był dyslektykiem, bo kiedy próbował coś przeczytać, słowa dostawały kręćka. Kiedy ujrzał ją po raz pierwszy, stojącą przed Galerią Wyprzedaży, z wielkim zielonym znaczkiem na piersiach, na którym wypisane było: „Witaj! Nazywam się STENO”, odczytał jej imię jako BEANO.
Wciąż miała na sobie firmową zieloną kamizelkę Galerii Wyprzedaży nałożoną na sukienkę w kwiaty. Na pierwszy rzut oka można było ją wziąć za zwykłą przysadzistą babcię – póki nie spojrzało się w dół i nie zobaczyło, że ma stopy koguta. Póki nie przyjrzało się jej ustom i nie zobaczyło wystających z nich spiżowych kłów dzika. Jej oczy płonęły czerwienią, a włosy były plątaniną jadowicie zielonych żmij.
Co było najstraszniejsze? Wciąż trzymała wielką srebrną tacę z darmowymi przekąskami w postaci miniaturowych pierożków z serem. Percy uśmiercił Steno już wiele razy, więc taca była pogięta, mimo to przekąski wciąż wyglądały smakowicie. Gorgona taszczyła je przez całą Kalifornię, żeby móc nimi poczęstować Percy’ego, zanim go zabije. Nie miał pojęcia, dlaczego ona to robi, ale wiedział już, że jeśli kiedykolwiek będzie mu potrzebna zbroja, zrobi ją z chrupiących pierożków z serem. Były niezniszczalne.
– Skosztujesz? – zapytała Steno.
Percy odpędził ją machnięciem miecza.
– Gdzie jest twoja siostra?
– Och, schowaj miecz! Już wiesz, że nawet niebiański spiż nie może nas zabić na długo. Skosztuj pierożka! W tym tygodniu są w promocji, a nie chciałabym cię zabić na pusty żołądek.
– Steno!
Druga gorgona pojawiła się z prawej strony tak szybko, że Percy nie zdążył zareagować. Na szczęście wpatrywała się w siostrę.
– Powiedziałam ci, że masz go wytropić i zabić!
Uśmiech spełzł z twarzy Steno.
– Ależ… Euryale… – Wymówiła to imię tak, że rymowało się z Muriel. – Nie mogę go najpierw poczęstować pierożkiem?
– Nie, ty idiotko!
Euryale odwróciła się do Percy’ego i obnażyła kły.
Poza włosami, które były plątaniną węży koralowych zamiast zielonych żmij, wyglądała zupełnie jak jej siostra. Jej firmową kamizelkę, kwiecistą sukienkę, a nawet kły zdobiły naklejki z napisem RABAT 50%. Na zielonej plakietce było napisane: „Cześć! Nazywam się GIŃ, NĘDZNY HEROSIE!”.
– Nieźle się za tobą nagoniłyśmy, Percy Jacksonie – powiedziała. – Ale jesteś już w pułapce, a my nasycimy się zemstą!
– Pierożki są tanie, tylko dolar dziewięćdziesiąt dziewięć centów za sztukę – dodała uprzejmie Steno. – Dział spożywczy, alejka trzecia.
– Steno, Galeria Wyprzedaży to była ściema! – warknęła Euryale.
– Nie przyzwyczajaj się! A teraz odłóż tę śmieszną tacę i pomóż mi zabić tego herosa. Może już zapomniałaś, że to on unicestwił Meduzę?
Percy cofnął się. Tylko piętnaście centymetrów dzieliło go od przepaści.
– Posłuchajcie, moje panie, już to przerabialiśmy. Nawet nie pamiętam, że zabiłem Meduzę. Niczego nie pamiętam! A może byśmy ogłosili zawieszenie broni i pogadali o waszych specjalnych ofertach na ten tydzień?
Steno spojrzała wyczekująco na siostrę, kapryśnie wydymając wargi, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę jej wielkie kły.
– Możemy?
– Nie! – Euryale utkwiła wzrok czerwonych oczu w Percym. – Nie obchodzi mnie, co pamiętasz, synu boga morza. Wyczuwam na tobie krew Meduzy. Słabe to ślady, sprzed kilku lat, ale to ty ostatnio z nią walczyłeś. A ona nadal nie wraca z Tartaru. To twoja wina!
Percy wciąż nie mógł się w tym połapać. Cała ta idea „umierania, a potem powracania z Tartaru” przyprawiała go o ból głowy. Oczywiście taką reakcję wywoływały w nim też inne zjawiska: długopis zmieniający się w miecz albo dziwna Mgła, która ukrywa potwory, czy fakt, że on sam jest synem jakiegoś obrośniętego muszelkami boga sprzed pięciu tysięcy lat. Ale w to wszystko wierzył. Choć został pozbawiony pamięci, wiedział, że jest półbogiem, i wiedział, że nazywa się Percy Jackson. Od czasu swojej pierwszej rozmowy z wilczycą Lupą pogodził się z tym, że ów zwariowany, pokręcony świat bogów i potworów jest rzeczywistością, w której przyszło mu żyć. Co wcale mu w życiu nie pomagało.
– A gdybyśmy tak zgodzili się na remis? – zapytał. – Ja nie mogę was zabić. Wy nie możecie zabić mnie. Jeśli jesteście siostrami Meduzy… tej Meduzy, która zamieniała ludzi w kamień… to dlaczego nie jestem teraz kamieniem?
– Ci herosi! – prychnęła Euryale. – Zawsze ta sama śpiewka. Jak nasza matka! „Dlaczego nie możecie zamienić kogoś w kamień? Wasza siostra to potrafi”. No więc muszę cię rozczarować, młodziaku! To potrafi tylko Meduza. Była najstraszniejsza w całej naszej rodzinie. Zgarnęła całą pulę.
Steno zrobiła urażoną minę.
– Matka mówiła, że ja jestem najstraszniejsza.
– Siedź cicho! – warknęła Euryale. – A jeśli chodzi o ciebie, Percy Jacksonie, to prawda, że nosisz piętno Achillesa, więc trochę trudniej cię zabić. Ale nie martw się. Znajdziemy na to sposób.
– Jakie znowu piętno?
– Achillesa – odpowiedziała ochoczo Steno. – Och, był niesamowity! Kiedy był dzieckiem, zanurzono go w rzece Styks, więc całe ciało miał uodpornione na zranienia, z wyjątkiem pięty, za którą go trzymano. To samo stało się z tobą, kochasiu. Ktoś musiał cię zanurzyć w Styksie i teraz masz skórę jak z żelaza. Ale nie martw się. Herosi tacy jak ty zawsze mają jakieś słabe miejsce. Musimy je po prostu znaleźć i wtedy cię zabijemy.
Czyż to nie cudowne? Poczęstuj się pierożkiem!
Percy próbował się skupić. Nie pamiętał żadnego zanurzania w Styksie. No tak, ale przecież niczego nie pamiętał. Nie czuł, by miał skórę z żelaza, ale to by wyjaśniało, dlaczego gorgony od tak dawna nie mogą go zabić.
A może gdyby po prostu skoczył w przepaść… toby przeżył? Za duże ryzyko… w każdym razie bez czegoś, co spowolniłoby spadanie, bez jakichś sanek albo…
Spojrzał na wielką srebrną tacę z darmowymi przekąskami, którą Steno wciąż trzymała w rękach.
Hmm…
– Więc dasz się namówić, tak? – zapytała Steno. – I bardzo mądrze, kochasiu. Dodałam do nich trochę gorgoniej krwi, więc umrzesz szybko i bezboleśnie.
Percy poczuł mdłości.
– Dodałaś do pierożków swojej krwi?
– Tylko trochę. – Steno uśmiechnęła się. – Drobne nacięcie na ramieniu, ale dla ciebie, mój słodziutki, warto było. Musisz wiedzieć, że krew z prawej połowy naszego ciała leczy ze wszystkiego, natomiast krew z lewej połowy jest śmiertelnie…
– Ty idiotko! – zaskrzeczała Euryale. – Nie powinnaś mu tego mówić! Nie zje pierożków, skoro mu powiedziałaś, że są zatrute!
Steno zrobiła zaskoczoną minę.
– Nie zje? Przecież powiedziałam też, że śmierć będzie szybka i bezbolesna.
– Mniejsza z tym! – Paznokcie Euryale zmieniły się w szpony. – Zabijemy go w tradycyjny sposób. Po prostu drzyj go pazurami, aż znajdziemy ten słaby punkt. A kiedy już pokonamy Percy’ego Jacksona, będziemy sławniejsze od Meduzy! Nasza patronka sowicie nas nagrodzi!
Percy zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Musi idealnie zaplanować ruchy… chwila nieuwagi z ich strony… złapać tacę lewą ręką…
Trzeba czymś zająć ich uwagę.
– Zanim rozerwiecie mnie na strzępy, powiedz mi, kim jest ta patronka, o której wspomniałaś?
Euryale uśmiechnęła się szyderczo.
– Nie wiesz? To bogini Gaja! Ta, która wywiodła nas z nicości! Nie pożyjesz tak długo, by ją spotkać, ale twoi przyjaciele, tam, w dole, wkrótce poznają jej gniew. Jej armie już maszerują na południe. Przebudzi się w Święto Fortuny, a wówczas będziemy ciąć półbogów jak… jak…
– Jak nasze ceny w Galerii Wyprzedaży! – wtrąciła Steno.
– No nie!
Euryale rzuciła się na swoją siostrę. Percy chwycił srebrną tacę, z której pospadały pierożki, i ugodził Orkanem Euryale, przecinając ją na pół.
Uniósł tacę, a Steno ujrzała w niej swoje zatłuszczone odbicie.
– Meduza! – wrzasnęła.
Jej siostra rozsypała się w pył, ale już zaczęła się odradzać jak roztapiający się bałwan śnieżny na filmie puszczonym od tyłu.
– Steno, ty kretynko! – zabulgotała, gdy jej twarz wyłoniła się z obłoku pyłu. – To jest twoje własne odbicie! Zabij go!
Percy rąbnął Steno w głowę srebrną tacą, pozbawiając przytomności.
Przyłożył sobie tacę do pośladków, odmówił w duchu modlitwę do któregokolwiek rzymskiego boga opiekującego się głupimi zjazdami na łeb, na szyję, po czym skoczył w przepaść.