OPIS:
Akcja rozpoczyna od walki Percy’ego z gorgonami, jednak heros odkrywa
pewną nieprawidłowość- potwory nie mogą zabić jego, a on nie może zabić
potworów. Wtem pojawia się staruszka, która prosi go o pomoc. Chłopak
wiedziony przez tajemniczą starszą panią, która potem okazuje się być
rzymską boginią trafia do obozu, gdzie wszyscy nazywają go „graecus”, co
znaczy dosłownie grek, wróg, nieprzyjaciel. Sam heros nic nie pamięta z
wyjątkiem jednego imienia- Annabeth lecz wkrótce zaprzyjaźnia się z
enigmatyczną Hazel i niezdarnym Frankiem. W obliczu zagrożenia ze strony
armii Gai, którą dowodzi jeden z jej synów- gigant Polybotes zostaje
wyznaczona misja, którą dostaje Percy i jego nowi przyjaciele. Mają
zniszczyć Alkyoneusa, z tym że nie mają pojęcia, gdzie się ukrywa ani,
jak mają to zrobić…
"SYN NEPTUNA" rozdział 1:
Wężowłose jędze zaczęły Percy’ego irytować. Nie zginęły raz na zawsze, kiedy w Galerii Wyprzedaży w Napa
zbombardował je całą skrzynką kul do gry w kręgle. Nie zginęły, kiedy
w Martinez rozjechał je policyjnym radiowozem. I – co było już całkiem
niewiarygodne – nie zginęły, kiedy poodcinał im głowy w parku Tilden. Za każdym razem gdy je zabijał, rozsypywały się w proch, ale już po
chwili zaczynały się formować na nowo, jak wielkie rozjuszone koty
z kurzu. Wydawało się, że nigdy się ich nie pozbędzie. Dotarł na szczyt wzgórza i zatrzymał się, łapiąc oddech. Ile czasu
minęło, odkąd pozabijał je po raz ostatni? Może dwie godziny. Nigdy nie
pozostawały martwe na dłużej. Od kilku dni prawie nie zmrużył oka. Żywił się tym, co udało mu się
zdobyć – lepkimi batonikami z automatów, stęchłymi bajglami, nie
pogardził nawet krokietem z fast foodu, co było już poniżej jego
godności. Ubranie miał poszarpane, nadpalone i obryzgane śluzem potworów. Udało mu się przeżyć tylko dlatego, że owe dwie wężowłose jędze –
gorgony – również jakoś nie mogły go zabić. Ich szpony nie rozdzierały
mu skóry, zęby im się łamały, kiedy próbowały go ukąsić. Czuł jednak, że
dłużej już nie wytrzyma. Wkrótce całkiem opadnie z sił i choć teraz
jeszcze wydaje się to niemożliwe, wówczas na pewno znajdą jakiś sposób,
aby go zabić. Dokąd uciec? Rozejrzał się. W innych okolicznościach pewnie podziwiałby te widoki.
Na lewo biegły w głąb lądu złociste wzgórza, nakrapiane jeziorami,
lasami i stadami krów. Na prawo rozciągały się równiny Berkeley
i Oakland – rozległa szachownica podmiejskich osiedli z kilkoma
milionami mieszkańców, którzy na pewno nie życzyliby sobie, by jakieś
dwa potwory i obszarpany półbóg zepsuli im spokój letniego poranka. Jeszcze dalej na zachód lśniła pod srebrną mgiełką Zatoka San
Francisco, a za nią większość miasta otulał wał gęstej mgły, z której
wyłaniały się tylko szczyty drapaczy chmur i wieże mostu Golden Gate. Ogarnął go dziwny smutek. Coś mu mówiło, że już kiedyś był w San
Francisco. To miasto miało jakiś związek z Annabeth – jedyną osobą,
którą pamiętał. Dręczył go ten brak wspomnień. Wilczyca obiecała, że
znowu spotka się z Annabeth i że odzyska pamięć – jeśli jego wędrówka
zostanie uwieńczona sukcesem. Może powinien przepłynąć przez zatokę?
Niezły pomysł. Nawet stąd czuł kuszącą moc oceanu. Woda zawsze dodawała
mu sił, a już wiedział, że słona jest najlepsza. Odkrył to dwa dni
wcześniej, kiedy w cieśninie Carquinez zadusił morskiego potwora. Gdyby
dotarł do zatoki, mógłby stoczyć śmiertelną walkę. Może nawet udałoby mu
się utopić gorgony. Ale od wybrzeża dzieliły go przynajmniej trzy
kilometry. Musiałby przejść przez całe miasto.
Powstrzymywała go też inna sprawa. Wilczyca Lupa nauczyła go, jak
wyostrzyć zmysły: trzeba zawierzyć instynktowi, a ten wiódł go na
południe. Percy czuł silne mrowienie w całym ciele, jakby ów
samonaprowadzający radar alarmował go, że cel wędrówki jest blisko –
prawie tu, pod jego stopami. Ale czy to możliwe? Tutaj, na samym
szczycie jakiegoś wzgórza?
Wiatr powiał z innej strony. Percy wyczuł odór gadów. Niecałe sto
metrów niżej coś szeleściło w lesie, łamiąc gałązki, krusząc liście
i sycząc.
Gorgony.
Po raz któryś zapragnął, żeby nie miały tak dobrego węchu. Zawsze mu
mówiły, że potrafią go wyczuć, bo jest półbogiem – synem jakiegoś
starego rzymskiego boga. Próbował wytarzać się w błocie, kąpać
w strumieniach, nawet trzymać w kieszeniach odświeżacze powietrza, żeby
pachnieć wnętrzem nowego samochodu, ale najwyraźniej półboskiego smrodku
nic nie mogło stłumić.
Powlókł się na zachodni kraniec szczytu. Było zbyt stromo, by zejść
tamtędy ze wzgórza. W dole, ze dwadzieścia metrów niżej, widniał dach
jakiejś willi wbudowanej w zbocze. Jeszcze piętnaście metrów niżej spod
podstawy wzgórza wyłaniała się szosa biegnąca serpentynami do Berkeley.
Wspaniale. Nie ma innego zejścia.
Dał się zapędzić w kozi róg.
Spojrzał na sznur samochodów zmierzających ku San Francisco. Żałował,
że nie jedzie którymś z nich. A potem zdał sobie sprawę z tego, że szosa
musi przecinać wzgórze. Tunelem… tuż pod jego stopami.
Wewnętrzny radar oszalał. Tak, znalazł się we właściwym miejscu, tylko
trochę za wysoko. Musi sprawdzić ten tunel. Musi jakoś dostać się na
szosę – i to szybko.
Zdjął plecak. W Galerii Wyprzedaży w Napa udało mu się zdobyć sporo
rzeczy: kieszonkowy GPS, taśmę izolacyjną, latarkę, superklej, manierkę,
śpiwór, pluszową poduszkę w kształcie misia pandy (jak ta w telewizji)
i szwajcarski scyzoryk wojskowy – prawie cały niezbędnik nowoczesnego
herosa. Brakowało czegoś, co mogłoby służyć jako spadochron albo sanki.
Pozostawały dwie opcje: skoczyć dwadzieścia metrów w dół i złamać sobie
kark albo zostać na górze i walczyć. Obie brzmiały paskudnie.
Zaklął i wyciągnął z kieszeni długopis.
Długopis wyglądał całkiem zwyczajnie, ale gdy tylko Percy zdjął z niego
zatyczkę, zamienił się w lśniący spiżowy miecz. Klinga była idealnie
wyważona. Owinięta skórą rękojeść pasowała do ręki, jakby zrobiono ją
specjalnie dla niego. Na gardzie wygrawerowano greckie słowo, które
Percy dziwnym trafem rozumiał: Anaklysmos – Orkan.
Kiedy to było, gdy przebudził się z tym mieczem w dłoni owej pierwszej
nocy spędzonej w Wilczym Domu? Dwa miesiące temu? Więcej? Stracił
poczucie czasu. Znalazł się na dziedzińcu jakiegoś spalonego dworku
pośród lasu, ubrany tylko w szorty i pomarańczową koszulkę. Na szyi miał
rzemień z dziwnymi glinianymi paciorkami, a w ręku ten miecz. Nie miał
zielonego pojęcia, jak się tam znalazł, i tylko jakieś bardzo mętne
przeczucie co do tego, kim jest. Był bosy, przemarznięty i oszołomiony.
A potem pojawiły się wilki…
Tuż koło niego rozległ się znajomy głos, sprowadzając go na ziemię:
– Tu jesteś!
Uskoczył przed gorgoną, o mało nie spadając ze szczytu wzgórza.
To ta uśmiechnięta – Beano.
No dobra, naprawdę nie nazywała się Beano. Chyba był dyslektykiem, bo
kiedy próbował coś przeczytać, słowa dostawały kręćka. Kiedy ujrzał ją
po raz pierwszy, stojącą przed Galerią Wyprzedaży, z wielkim zielonym
znaczkiem na piersiach, na którym wypisane było: „Witaj! Nazywam się
STENO”, odczytał jej imię jako BEANO.
Wciąż miała na sobie firmową zieloną kamizelkę Galerii Wyprzedaży
nałożoną na sukienkę w kwiaty. Na pierwszy rzut oka można było ją wziąć
za zwykłą przysadzistą babcię – póki nie spojrzało się w dół i nie
zobaczyło, że ma stopy koguta. Póki nie przyjrzało się jej ustom i nie
zobaczyło wystających z nich spiżowych kłów dzika. Jej oczy płonęły
czerwienią, a włosy były plątaniną jadowicie zielonych żmij.
Co było najstraszniejsze? Wciąż trzymała wielką srebrną tacę
z darmowymi przekąskami w postaci miniaturowych pierożków z serem. Percy
uśmiercił Steno już wiele razy, więc taca była pogięta, mimo to
przekąski wciąż wyglądały smakowicie. Gorgona taszczyła je przez całą
Kalifornię, żeby móc nimi poczęstować Percy’ego, zanim go zabije. Nie
miał pojęcia, dlaczego ona to robi, ale wiedział już, że jeśli
kiedykolwiek będzie mu potrzebna zbroja, zrobi ją z chrupiących
pierożków z serem. Były niezniszczalne.
– Skosztujesz? – zapytała Steno.
Percy odpędził ją machnięciem miecza.
– Gdzie jest twoja siostra?
– Och, schowaj miecz! Już wiesz, że nawet niebiański spiż nie może nas
zabić na długo. Skosztuj pierożka! W tym tygodniu są w promocji, a nie
chciałabym cię zabić na pusty żołądek.
– Steno!
Druga gorgona pojawiła się z prawej strony tak szybko, że Percy nie zdążył zareagować. Na szczęście wpatrywała się w siostrę.
– Powiedziałam ci, że masz go wytropić i zabić!
Uśmiech spełzł z twarzy Steno.
– Ależ… Euryale… – Wymówiła to imię tak, że rymowało się z Muriel. – Nie mogę go najpierw poczęstować pierożkiem?
– Nie, ty idiotko!
Euryale odwróciła się do Percy’ego i obnażyła kły.
Poza włosami, które były plątaniną węży koralowych zamiast zielonych
żmij, wyglądała zupełnie jak jej siostra. Jej firmową kamizelkę,
kwiecistą sukienkę, a nawet kły zdobiły naklejki z napisem RABAT 50%. Na
zielonej plakietce było napisane: „Cześć! Nazywam się GIŃ, NĘDZNY
HEROSIE!”.
– Nieźle się za tobą nagoniłyśmy, Percy Jacksonie – powiedziała. – Ale jesteś już w pułapce, a my nasycimy się zemstą!
– Pierożki są tanie, tylko dolar dziewięćdziesiąt dziewięć centów za
sztukę – dodała uprzejmie Steno. – Dział spożywczy, alejka trzecia.
– Steno, Galeria Wyprzedaży to była ściema! – warknęła Euryale.
– Nie przyzwyczajaj się! A teraz odłóż tę śmieszną tacę i pomóż mi
zabić tego herosa. Może już zapomniałaś, że to on unicestwił Meduzę?
Percy cofnął się. Tylko piętnaście centymetrów dzieliło go od przepaści.
– Posłuchajcie, moje panie, już to przerabialiśmy. Nawet nie pamiętam,
że zabiłem Meduzę. Niczego nie pamiętam! A może byśmy ogłosili
zawieszenie broni i pogadali o waszych specjalnych ofertach na ten
tydzień?
Steno spojrzała wyczekująco na siostrę, kapryśnie wydymając wargi, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę jej wielkie kły.
– Możemy?
– Nie! – Euryale utkwiła wzrok czerwonych oczu w Percym. – Nie obchodzi
mnie, co pamiętasz, synu boga morza. Wyczuwam na tobie krew Meduzy.
Słabe to ślady, sprzed kilku lat, ale to ty ostatnio z nią walczyłeś.
A ona nadal nie wraca z Tartaru. To twoja wina!
Percy wciąż nie mógł się w tym połapać. Cała ta idea „umierania,
a potem powracania z Tartaru” przyprawiała go o ból głowy. Oczywiście
taką reakcję wywoływały w nim też inne zjawiska: długopis zmieniający
się w miecz albo dziwna Mgła, która ukrywa potwory, czy fakt, że on sam
jest synem jakiegoś obrośniętego muszelkami boga sprzed pięciu tysięcy
lat. Ale w to wszystko wierzył. Choć został pozbawiony pamięci,
wiedział, że jest półbogiem, i wiedział, że nazywa się Percy Jackson. Od
czasu swojej pierwszej rozmowy z wilczycą Lupą pogodził się z tym, że
ów zwariowany, pokręcony świat bogów i potworów jest rzeczywistością,
w której przyszło mu żyć. Co wcale mu w życiu nie pomagało.
– A gdybyśmy tak zgodzili się na remis? – zapytał. – Ja nie mogę was
zabić. Wy nie możecie zabić mnie. Jeśli jesteście siostrami Meduzy… tej
Meduzy, która zamieniała ludzi w kamień… to dlaczego nie jestem teraz
kamieniem?
– Ci herosi! – prychnęła Euryale. – Zawsze ta sama śpiewka. Jak nasza
matka! „Dlaczego nie możecie zamienić kogoś w kamień? Wasza siostra to
potrafi”. No więc muszę cię rozczarować, młodziaku! To potrafi tylko
Meduza. Była najstraszniejsza w całej naszej rodzinie. Zgarnęła całą
pulę.
Steno zrobiła urażoną minę.
– Matka mówiła, że ja jestem najstraszniejsza.
– Siedź cicho! – warknęła Euryale. – A jeśli chodzi o ciebie, Percy
Jacksonie, to prawda, że nosisz piętno Achillesa, więc trochę trudniej
cię zabić. Ale nie martw się. Znajdziemy na to sposób.
– Jakie znowu piętno?
– Achillesa – odpowiedziała ochoczo Steno. – Och, był niesamowity!
Kiedy był dzieckiem, zanurzono go w rzece Styks, więc całe ciało miał
uodpornione na zranienia, z wyjątkiem pięty, za którą go trzymano. To
samo stało się z tobą, kochasiu. Ktoś musiał cię zanurzyć w Styksie
i teraz masz
skórę
jak z żelaza. Ale nie martw się. Herosi tacy jak ty zawsze mają jakieś
słabe miejsce. Musimy je po prostu znaleźć i wtedy cię zabijemy.
Czyż to nie cudowne? Poczęstuj się pierożkiem!
Percy próbował się skupić. Nie pamiętał żadnego zanurzania w Styksie.
No tak, ale przecież niczego nie pamiętał. Nie czuł, by miał
skórę z żelaza, ale to by wyjaśniało, dlaczego gorgony od tak dawna nie mogą go zabić.
A może gdyby po prostu skoczył w przepaść… toby przeżył? Za duże
ryzyko… w każdym razie bez czegoś, co spowolniłoby spadanie, bez jakichś
sanek albo…
Spojrzał na wielką srebrną tacę z darmowymi przekąskami, którą Steno wciąż trzymała w rękach.
Hmm…
– Więc dasz się namówić, tak? – zapytała Steno. – I bardzo mądrze,
kochasiu. Dodałam do nich trochę gorgoniej krwi, więc umrzesz szybko
i bezboleśnie.
Percy poczuł mdłości.
– Dodałaś do pierożków swojej krwi?
– Tylko trochę. – Steno uśmiechnęła się. – Drobne nacięcie na ramieniu,
ale dla ciebie, mój słodziutki, warto było. Musisz wiedzieć, że krew
z prawej połowy naszego ciała leczy ze wszystkiego, natomiast krew
z lewej połowy jest śmiertelnie…
– Ty idiotko! – zaskrzeczała Euryale. – Nie powinnaś mu tego mówić! Nie zje pierożków, skoro mu powiedziałaś, że są zatrute!
Steno zrobiła zaskoczoną minę.
– Nie zje? Przecież powiedziałam też, że śmierć będzie szybka i bezbolesna.
– Mniejsza z tym! – Paznokcie Euryale zmieniły się w szpony. – Zabijemy
go w tradycyjny sposób. Po prostu drzyj go pazurami, aż znajdziemy ten
słaby punkt. A kiedy już pokonamy Percy’ego Jacksona, będziemy
sławniejsze od Meduzy! Nasza patronka sowicie nas nagrodzi!
Percy zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Musi idealnie zaplanować ruchy… chwila nieuwagi z ich strony… złapać tacę lewą ręką…
Trzeba czymś zająć ich uwagę.
– Zanim rozerwiecie mnie na strzępy, powiedz mi, kim jest ta patronka, o której wspomniałaś?
Euryale uśmiechnęła się szyderczo.
– Nie wiesz? To bogini Gaja! Ta, która wywiodła nas z nicości! Nie
pożyjesz tak długo, by ją spotkać, ale twoi przyjaciele, tam, w dole,
wkrótce poznają jej gniew. Jej armie już maszerują na południe.
Przebudzi się w Święto Fortuny, a wówczas będziemy ciąć półbogów jak…
jak…
– Jak nasze ceny w Galerii Wyprzedaży! – wtrąciła Steno.
– No nie!
Euryale rzuciła się na swoją siostrę. Percy chwycił srebrną tacę,
z której pospadały pierożki, i ugodził Orkanem Euryale, przecinając ją
na pół.
Uniósł tacę, a Steno ujrzała w niej swoje zatłuszczone odbicie.
– Meduza! – wrzasnęła.
Jej siostra rozsypała się w pył, ale już zaczęła się odradzać jak roztapiający się bałwan śnieżny na filmie puszczonym od tyłu.
– Steno, ty kretynko! – zabulgotała, gdy jej twarz wyłoniła się z obłoku pyłu. – To jest twoje własne odbicie! Zabij go!
Percy rąbnął Steno w głowę srebrną tacą, pozbawiając przytomności.
Przyłożył sobie tacę do pośladków, odmówił w duchu modlitwę do
któregokolwiek rzymskiego boga opiekującego się głupimi zjazdami na łeb,
na szyję, po czym skoczył w przepaść.