FRAGMENT OSTATNIEGO TOMU Z SERII PERCY JACKSON I BOGOWIE OLIMPIJSCY:
"Koniec świata zaczął się od lądowania pegaza na masce mojego
samochodu. Do tego momentu świetnie się bawiłem. Właściwie nie
powinienem prowadzić, ponieważ dopiero za tydzień miałem skończyć
szesnaście lat, ale mama i ojczym, czyli Paul, zabrali mnie z moją
kumpelą Rachel na prywatną plażę na południowym wybrzeżu Long Island, a
Paul pozwolił nam pojeździć przez chwilę jego toyotą priusem. Pewnie
teraz myślicie: "Ależ to było nieodpowiedzialne z jego strony, bla, bla,
bla". Ale Paul dobrze mnie zna. Widział, jak rozwalam demony i
wyskakuję z eksplodujących budynków szkolnych, więc pewnie uznał, że
poprowadzenie samochodu przez kilkaset metrów nie będzie
najniebezpieczniejszym wydarzeniem w moim życiu. W każdym razie
jechaliśmy sobie z Rachel. Był gorący sierpniowy dzień. Spięła swoje
rude włosy w koński ogon, a na kostium kąpielowy założyła białą bluzkę.
Zawsze dotąd widywałem ją w obszarpanych podkoszulkach i poplamionych
farbą dżinsach, a tym razem wyglądała jak milion złotych drachm. -
Zatrzymaj się tu! - poprosiła. Zaparkowaliśmy na klifie z widokiem na
Atlantyk. Ocean to niezmiennie moje ulubione miejsce, ale dziś był
szczególnie piękny: gładki niczym szkło lśnił zielenią, jakby mój tato
utrzymywał go w spokoju specjalnie dla nas. Moim tatą jest, nawiasem
mówiąc, Posejdon. Umie robić takie rzeczy. - No. - Rachel uśmiechnęła
się do mnie. - To w sprawie tego zaproszenia. - Och... No tak. -
Usiłowałem wykrzesać z siebie choćby odrobinę entuzjazmu. Chodziło o to,
że Rachel zaprosiła mnie na trzy dni do domku letniego swoich rodziców
na Karaibach. Nieczęsto zdarzają mi się takie propozycje. Fajne wakacje
według standardów mojej rodziny to weekend w zaniedbanym domku na Long
Island, oglądanie wypożyczonych filmów i jedzenie pizzy z mrożonki - a
tu starzy Rachel chcieli wziąć mnie z sobą na Karaiby.Poza tym
zdecydowanie przydałyby mi się wakacje. To było najcięższe lato w moim
życiu. Perspektywa choćby kilkudniowego odpoczynku była naprawdę
kusząca. Tyle że teraz lada dzień mogło się wydarzyć coś wielkiego.
Byłem "dyżurnym" od misji. Co gorsza, za tydzień wypadały moje urodziny -
a była przecież ta przepowiednia, że kiedy skończę szesnaście lat,
stanie się coś niedobrego. - Percy - powiedziała Rachel. - Wiem, że to
nie najlepszy moment. Ale dla ciebie nie ma najlepszych, prawda? Coś
było na rzeczy. - Naprawdę chciałbym pojechać - zapewniłem ją. - Chodzi
tylko o to, że... - Wojna. Pokiwałem głową. Nie miałem ochoty o tym
rozmawiać, ale ona wiedziała. W przeciwieństwie do większości
śmiertelników widziała przez Mgłę - magiczną zasłonę, która wykrzywia
ludzkie postrzeganie.(...) Widziała nawet, jak w zeszłym roku pocięty na
kawałki Kronos powstał z trumny w straszliwej nowej formie, i zyskała
mój dozgonny szacunek za rzucenie mu w twarz niebieskiej plastikowej
szczotki do włosów. Położyła dłoń na moim ramieniu. - Pomyśl o tym,
dobrze? Wyjeżdżamy dopiero za kilka dni. Mój tato... - głos jej się
załamał.(...) - Stara się być dla mnie miły, a to jest chyba jeszcze
gorsze. Chce, żebym od jesieni poszła do Akademii Młodych Dam w
Clarion. - Do tej szkoły, którą skończyła twoja mama? - To jest
idiotyczna szkółka dla dziewczyn z wyższych sfer, na dodatek daleko w
New Hampshire. Wyobrażasz sobie mnie w szkole dla panienek z dobrego
domu? Musiałem przyznać, że brzmiało to bezsensownie. Rachel zajmowała
się miejskimi projektami artystycznymi, karmiła bezdomnych, chodziła na
demonstracje w obronie zagrożonych gatunków, takich jak dzięcioł
oskomik. Nigdy w życiu nie widziałem jej w sukience. Ciężko mi było ją
sobie wyobrazić na lekcjach savoir-vivreu. Westchnęła. - Jemu się
wydaje, że jak będzie dla mnie miły, to poczuję wyrzuty sumienia i się
poddam. - Dlatego pozwolił, żebym pojechał z wami na wakacje? - Tak...
ale, Percy, oddałbyś mi wielką przysługę. Byłoby tak cudownie, gdybyś
był z nami. A poza tym chciałabym o czymś porozmawiać... - urwała
nagle. - Chciałabyś porozmawiać? - zapytałem. - I to jest coś tak
poważnego, że trzeba lecieć na Karaiby, żeby odbyć tę rozmowę? Zacisnęła
usta. - Dobra, zapomnijmy na razie o tym. Udawajmy, że jesteśmy
dwojgiem zwykłych ludzi. Pojechaliśmy na wycieczkę, patrzymy na ocean,
jest nam z sobą dobrze. Wiedziałem, że coś ją niepokoiło, ale robiła
dobrą minę do złej gry. W promieniach słońca jej włosy wyglądały jak
płomienie. Tego lata spędziliśmy razem mnóstwo czasu. Niezupełnie tak to
planowałem, ale im bardziej komplikowały się sprawy na obozie, tym
bardziej chciałem zadzwonić do Rachel i urwać się, choćby dla zmiany
otoczenia. Musiałem wciąż sobie przypominać, że świat śmiertelników
nadal istnieje, mimo że potwory robią sobie ze mnie prywatny worek
treningowy. - Okej - przytaknąłem. - Zwyczajne popołudnie dwojga
zwykłych ludzi. Kiwnęła głową. - I wiesz... Teoretycznie gdyby tych
dwoje ludzi lubiło się nawzajem, co trzeba by zrobić, żeby ten głuptas
pocałował dziewczynę, hę? - Och... - poczułem się jak jedna ze świętych
krów Apollina: powolny, głupi i jaskrawoczerwony. - Yyy... Nie będę
udawać, że nie myślałem o Rachel. W jej towarzystwie czułem się znacznie
swobodniej niż... no, innych znajomych dziewczyn. Nie musiałem się
starać, uważać na słowa albo wysilać mózgu, żeby zrozumieć, co miała na
myśli. Rachel nie była skryta. Okazywała uczucia. Nie jestem pewny, co
zrobiłbym chwilę później... W każdym razie byłem tak rozkojarzony, że
nie zauważyłem wielkiego czarnego kształtu nurkującego z nieba, dopóki
cztery kopyta nie wylądowały na masce priusa z głośnym
BUMP-BUMP-TRZASK! Hej, szefie - odezwał się głos w mojej głowie. -
Niezła bryka! Pegaz imieniem Mroczny był starym kumplem, toteż
usiłowałem nie okazać irytacji z powodu wgnieceń, które właśnie zrobił w
masce. Nie sądziłem jednak, żeby mogły szczególnie zachwycić mojego
ojczyma. - Mroczny - westchnąłem. - Co ty tu... W tej samej chwili
zobaczyłem, kto przyleciał na jego grzebiecie, i wiedziałem, że dzień
właśnie zaczynał się komplikować. - Hejka, Percy. Charles Beckendorf,
grupowy domku Hefajstosa, sprawiał, że potwory miały ochotę uciekać do
mamusi. Był potężnie zbudowany, z muskułami wyrobionymi od corocznej
pracy w kuźni, dwa lata starszy ode mnie, no i był jednym z najlepszych
zbrojmistrzów na obozie. Poza tym potrafił konstruować całkiem
skomplikowane mechanizmy. Miesiąc temu zamontował bombę z greckim ogniem
w toalecie autobusu wycieczkowego, który woził po kraju stado potworów.
Wybuch zlikwidował całą grupę potwornych popleczników Kronosa, kiedy
tylko pierwsza z harpii spuściła wodę. Beckendorf był ubrany do walki.
Miał na sobie spiżowy napierśnik i wojenny hełm, a do tego spodnie moro i
miecz przy pasie. Torbę z materiałami wybuchowymi nosił przewieszoną
przez ramię. - Już czas? - zapytałem. Skinął ponuro głową. Poczułem
ucisk w gardle. Wiedziałem, że ta chwila nadejdzie. Planowaliśmy to od
kilku tygodni, ale miałem jakąś taką nadzieję, że to nigdy nie
nastąpi. Rachel podniosła wzrok na Beckendorfa. - Cześć. - Och, cześć.
Jestem Beckendorf. A ty musisz być Rachel. Percy mówił mi... yyy, to
znaczy wspominał o tobie. Uniosła jedną brew. - Naprawdę? To świetnie. -
Spojrzała na Mrocznego, który stukał kopytami w maskę priusa. -
Rozumiem, chłopcy, że ruszacie teraz ratować świat? - Mniej więcej -
przytaknął. Spojrzałem bezradnie na Rachel. - Czy możesz przekazać mojej
mamie... - Powiem jej. Na pewno już się przyzwyczaiła. I wyjaśnię
Paulowi, co się stało z maską. Skinąłem głową w podziękowaniu.
Domyślałem się, że ojczym pożyczył mi samochód po raz ostatni. -
Powodzenia. - Rachel pocałowała mnie, zanim zdążyłem zaprotestować. -
Idźcie już, herosi. Zabijcie dla mnie kilka potworów. Zapamiętałem ją,
jak siedziała na fotelu pasażera w priusie z założonymi rękami i
patrzyła, jak Mroczny krąży coraz wyżej i wyżej, unosząc mnie z
Beckendorfem w niebo. Zastanawiałem się, o czym chciała ze mną
porozmawiać i czy przeżyję dość długo, żeby się tego dowiedzieć. - A
więc - odezwał się Charles - przypuszczam, że mam nie opowiadać Annabeth
o tym, co widziałem. - Och, bogowie - mruknąłem. - Nawet o tym nie
myśl. Beckendorf zachichotał i razem poszybowaliśmy nad
Atlantykiem. Było już prawie ciemno, kiedy dostrzegliśmy cel.
"Księżniczka Andromeda" jaśniała na horyzoncie - ogromny liniowiec
oświetlony na biało i żółto. Patrząc z oddali, można by pomyśleć, że
jest to po prostu statek wycieczkowy, a nie kwatera główna pana tytanów.
Ale z bliska było widać olbrzymią rzeźbę dziobową - ciemnowłosą
dziewczynę w greckim chitonie, spętaną łańcuchami i z wyrazem
przerażenia na twarzy, jakby wyczuwała smród wszystkich potworów, które
musiała dźwigać. Na widok tego statku zrobiło mi się słabo. Dwa razy
omal nie zginąłem na pokładzie "Księżniczki Andromedy". A teraz
zmierzała prosto do Nowego Jorku. - Wiesz, co robić? - Beckendorf
usiłował przekrzyczeć wiatr. Kiwnąłem głową. Robiliśmy próby w dokach w
New Jersey, jako celów używając wraków statków. Wiedziałem, jak mało
czasu będziemy mieli. Wiedziałem jednak również, że jest to najlepsza
okazja, aby zakończyć inwazję Kronosa, zanim się zacznie na dobre. -
Mroczny - powiedziałem - wysadź nas na najniższym pokładzie
rufowym. Spoko, szefie - odpowiedział. - Ludzie, ależ ja nienawidzę tego
statku. Trzy lata temu Mroczny był uwięziony na "Księżniczce
Andromedzie", dopóki nie uciekł z niewielką pomocą moich przyjaciół i
moją. Uznałem, że pewnie wolałby mieć zaplecioną grzywę jak bohater
serialu Mój mały kucyk, niż wracać w to miejsce. - Nie czekaj na nas -
powiedziałem. Ale, szefie... - Uwierz mi - odparłem. - Wydostaniemy się
sami. Pegaz złożył skrzydła i zapikował ku statkowi niczym czarna
kometa. (...) Dotarliśmy do rufy i Mroczny rozpostarł skrzydła, lądując
miękko na najniższym pokładzie. Zsunąłem się z jego grzbietu, czując
lekkie zawroty głowy. Powodzenia, szefie - powiedział. - Nie daj się
przerobić na mączkę kostną! Z tymi słowy mój stary druh odleciał w noc.
Wyjąłem długopis z kieszeni i odetkałem go: Orkan rozwinął się w swoją
pełną długość: metr zabójczego niebiańskiego spiżu lśniącego w
półmroku. Beckendorf wyciągnął z kieszeni kawałek papieru. Myślałem, że
to jakaś mapa albo coś w tym rodzaju. Potem uświadomiłem sobie, że było
to zdjęcie. Wpatrywał się w nie w przyćmionym świetle - w uśmiechniętą
twarz Sileny Beauregard, córki Afrodyty. Zaczęli z sobą chodzić
ostatniego lata, choć my wszyscy już od dawna mówiliśmy: "Zakochana
para!". Pomimo wszystkich tych niebezpiecznych misji Beckendorf wyglądał
tego lata na szczęśliwszego niż kiedykolwiek. - Wrócimy do obozu -
obiecałem. Przez ułamek sekundy dostrzegłem niepokój w jego oczach.
Następnie pojawił się dobrze mi znany, pewny siebie uśmiech. - Pewnie -
powiedział. - Chodźmy rozwalić Kronosa na milion kawałków. Beckendorf
poprowadził. Poszliśmy wąskim korytarzem do klatki schodowej, tak jak
ćwiczyliśmy, ale zamarliśmy, kiedy dobiegły nas głosy z góry. - Nie
obchodzi mnie, co mówi twój nos! - warknął pół ludzki, pół psi głos,
należący do telchina. - Kiedy ostatnio wyczułeś herosa, okazało się, że
to kanapka z szynką! - Kanapki z szynką są dobre! - odwarknął inny głos.
- Ale to jest zapach herosa, przysięgam. Są na pokładzie! - Ha, za to
twojego mózgu nie ma na pokładzie! Kłócili się dalej, tymczasem Charles
wskazał na schody wiodące w dół. Zeszliśmy tak cicho, jak tylko się
dało. (...) W końcu dotarliśmy do metalowej klapy. Beckendorf wyszeptał:
"maszynownia". Była zamknięta, ale syn Hefajstosa wyjął kilka par
obcęgów ze swojej torby i przeciął rygiel tak łatwo, jakby był z
masła. W środku znaleźliśmy szereg żółtych turbin wielkości silosów;
wszystkie szumiały i warkotały. Ścianę naprzeciwko pokrywały
ciśnieniomierze i ekrany komputerowe. Nad konsolą pochylał się telchin,
ale był tak pochłonięty swoją pracą, że nas nie zauważył. Miał około
półtora metra wzrostu, gładkie czarne focze futro i serdelkowate stopy.
Głowa wyglądała jak łeb dobermana, ale jego zakończone pazurami dłonie
były prawie ludzkie. Powarkiwał i mruczał, stukając w klawiaturę. Może
pisał wiadomość do kumpla w serwisie brzydale.com. Zrobiłem krok do
przodu, a on zesztywniał, zapewne wyczuwając, że coś jest nie w
porządku. Skoczył w bok ku wielkiemu przyciskowi alarmowemu - wtedy
zablokowałem mu drogę. Syknął i rzucił się na mnie, ale wystarczyło
jedno cięcie Orkanem, by rozpadł się w pył. - Jeden zestrzelony -
powiedział Beckendorf. - Około pięciu tysięcy do załatwienia. Zabraliśmy
się do roboty. W pomieszczeniu było gorąco i wilgotno, więc w jednej
chwili byliśmy mokrzy od potu. Statek posuwał się do przodu, pomrukując.
Jako syn Posejdona doskonale orientuję się w pozycji na morzu. Nie
pytajcie, skąd to wiedziałem, ale czułem, że znajdujemy się na 40°19
szerokości północnej i 71°90 długości zachodniej, poruszając się z
prędkością osiemnastu węzłów, co oznaczało, że statek dopłynie do portu w
Nowym Jorku o świcie. Mieliśmy teraz jedyną szansę, żeby go
zatrzymać. Przyczepiłem właśnie drugi słoik greckiego ognia do panelu
kontrolnego, kiedy usłyszałem dudniące kroki na metalowych schodach - po
stopniach schodziło tyle stworzeń, że słyszałem je pomimo huku maszyn.
Zły znak. Poszukałem wzrokiem Beckendorfa. - Ile jeszcze? - Za długo. -
Postukał w swój zegarek, w którym znajdował się pilot detonatora. -
Muszę jeszcze podpiąć odbiornik i uzbroić ładunki. Potrzebujemy co
najmniej dziesięciu minut. Sądząc jednak z odgłosów kroków, mieliśmy
może dziesięć sekund. - Odciągnę ich - powiedziałem. - Spotykamy się w
umówionym miejscu. - Percy... - Życz mi szczęścia. Wyglądał, jakby nie
chciał się zgodzić. Wcześniej planowaliśmy dostać się do środka
niezauważeni. Musieliśmy jednak improwizować. - Powodzenia -
powiedział. Wyskoczyłem przez drzwi. Po schodach zbiegało pół tuzina
telchinów. Ciąłem Orkanem przez cały tłum szybciej, niż zdążyli
krzyknąć. Nie przestawałem się wspinać - minąłem kolejnego telchina,
który był tak zaskoczony, że upuścił pudełko na kanapki firmy McDemons.
Pozostawiłem go przy życiu - po części dlatego, że miał fajne pudełko,
ale też po to, żeby mógł uruchomić alarm i ściągnąć swoich kumpli w moją
stronę, a nie do maszynowni. Wypadłem przez drzwi prowadzące na
szósty pokład i biegłem dalej. (...) Podczas mojej pierwszej wizyty na
"Księżniczce Andromedzie" mój stary wróg Luke dla zachowania pozorów
trzymał na pokładzie grupę oszołomionych turystów, otoczonych Mgłą, tak
iż nie zdawali sobie sprawy z tego, że znaleźli się na zapotworzonym
statku. Teraz nie dostrzegałem ani śladu turystów. Wolałem nie myśleć,
co się z nimi stało, ale jakoś wątpiłem, żeby pozwolono im wrócić do
domów z wygranymi w bingo. Dotarłem do promenady ze sklepami, która
zajmowała cały środek statku, i zamarłem. Na środku stała fontanna. A w
fontannie przysiadł olbrzymi krab.(...)Potwór wynurzał się na trzy metry
z wody. Skorupę miał w niebieskozielone plamy, a szczypce dłuższe od
mojego ciała. Jeśli kiedykolwiek widzieliście paszczę kraba pełną piany,
paskudnie obrośniętą szczeciną i przeżuwającą resztki, to możecie sobie
wyobrazić, że ten tutaj nie wyglądał szczególnie pięknie - rozrośnięty
do rozmiarów billboardu. Jego czarne jak wielkie onyksy oczy wpatrywały
się we mnie, a ja widziałem w nich inteligencję... i nienawiść. Fakt,
że byłem synem pana mórz, nie dawał mi żadnych punktów u Pana Kraba. -
FFFFfff - zafuczał krab, a piana pociekła mu z gęby. Odór, jaki się
stamtąd uniósł, przypominał śmietnik pełen paluszków rybnych, które
przez tydzień smażyły się na słońcu. Rozległy się syreny alarmowe. Za
chwilę miałem mieć więcej towarzystwa, więc musiałem się ruszać. - Hej,
krabiku. - Przesunąłem się ku krawędzi promenady. - Przejdę sobie tylko
bokiem, więc... Potwór zareagował niewiarygodnie prędko. Wyskoczył z
fontanny i ruszył prosto na mnie, klekocząc szczypcami. Dałem nura do
sklepu z pamiątkami, przedzierając się przez stosy podkoszulków.
Szczypce kraba rozbiły szklaną ścianę i zaczęły przeszukiwać
pomieszczenie. Wyskoczyłem z powrotem na zewnątrz, dysząc ciężko, ale
Pan Krab odwrócił się za mną. - Tam! - rozległ się jakiś głos na
galeryjce nade mną. - Intruz! Z odciąganiem uwagi niewątpliwie mi się
udało, ale nie tu chciałem walczyć. Jeśli przyszpilą mnie w samym środku
statku, to zostanie ze mnie krabowa mielonka. Demoniczny skorupiak
skoczył ku mnie. Ciąłem Orkanem, krusząc czubek jego szczypiec. Krab
syknął i pluł pianą, ale chyba nic mu się nie stało. Usiłowałem
przypomnieć sobie z dawnych opowieści cokolwiek, co mogłoby mi pomóc w
rozprawie z tym potworem. Annabeth opowiadała mi o potwornym krabie -
czy to było coś o Heraklesie rozgniatającym go stopą? Taka metoda nie
miała szans zadziałać tutaj. Ten krab był nieco większy od moich
butów. W tej samej chwili przyszło mi do głowy coś dziwnego. W ostatnie
święta mama i ja zabraliśmy Paula Blofisa do tego starego domku w
Montauk, do którego jeździliśmy od lat. Paul zabrał mnie na łowienie
krabów, a kiedy wyciągnęliśmy pełną sieć, pokazał mi, że kraby mają
szczelinę w pancerzach, dokładnie pośrodku swoich brzydkich
brzuchów. Problem polegał na tym, jak się teraz dostać w okolice
brzydkiego brzucha. Zerknąłem na fontannę, następnie na marmurową
posadzkę, śliską już od licznych krabich śladów. Wyciągnąłem rękę,
skupiając się na wodzie, i fontanna eksplodowała. Woda rozprysła się na
wszystkie strony, wystrzelając na wysokość trzech pięter oraz zalewając
balkoniki, windy i witryny sklepów. Krab nie przejął się tym. Kochał
wodę. Zaszedł mnie z boku, kłapiąc i sycząc, a ja rzuciłem się prosto na
niego, wrzeszcząc: "AAACH!". Zanim się zderzyliśmy, potoczyłem się na
ziemię w bejsbolowym stylu i wślizgnąłem się po mokrym marmurze
dokładnie pod potwora. Było to jak wślizg pod siedmiotonowy transporter
opancerzony. Krabowi wystarczyłoby usiąść, żeby mnie zmiażdżyć, ale
zanim sobie uświadomił, co się dzieje, wbiłem Orkan w szczelinę w jego
pancerzu, puściłem głowicę i wysunąłem się od tyłu. Potwór zatrząsł się i
syknął. Jego oczy się rozpłynęły. Pancerz zrobił się jaskrawoczerwony,
kiedy wnętrzności wyparowały. Pusty upadł na ziemię, tworząc potężne
wzgórze. Nie miałem czasu na zachwyty nad moją robotą. Popędziłem ku
najbliższym schodom, a wokół mnie potwory i herosi wykrzykiwali rozkazy i
szykowali broń. Ja biegłem z pustymi rękami. Orkan, jako magiczny
miecz, miał pojawić się w mojej kieszeni prędzej czy później, ale na
razie tkwił gdzieś pod wrakiem kraba, a ja nie zdążyłem go odzyskać. W
pomieszczeniu z windami na pokładzie ósmym drogę zastąpiła mi grupa
drakain. Od pasa w górę były to kobiety o zielonej, łuskowatej skórze,
żółtych oczach i rozdwojonych językach. Od pasa w dół miały podwójne
wężowe kadłuby zamiast nóg. W rękach dzierżyły włócznie i obciążone
sieci, a ja wiedziałem z doświadczenia, że potrafią się tym wszystkim
posługiwać. - Co to jessst? - zapytała jedna z nich. - Nagroda dla
Kronosssa! Nie byłem w nastroju do "weselnego węża". Przede mną stał na
postumencie model statku, jakaś makieta z oznaczeniem JESTEŚ TUTAJ.
Wyrwałem model z podpórki i cisnąłem nim w pierwszą z drakain. Statek
uderzył ją w twarz i zatonęła razem z nim. Przeskoczyłem nad nią,
chwyciłem włócznię jej przyjaciółki i obróciłem nią w powietrzu.
Uderzyła w windę, a ja rzuciłem się ku dziobowi "Księżniczki
Andromedy".(...)Piekielne ogary zawyły. Wystrzelona nie wiadomo skąd
strzała świsnęła mi koło twarzy i wbiła się w wykładaną mahoniem ścianę
klatki schodowej. Nie przejąłem się tym - liczyło się to, że odciągałem
potwory od maszynowni, dając Beckendorfowi więcej czasu. Kiedy gnałem w
górę schodów, z wyższego pokładu zaatakował mnie jakiś dzieciak.
Wyglądał jak właśnie obudzony z drzemki. Zbroję miał narzuconą byle jak.
Dobył miecza z okrzykiem: "Kronos!", ale było w tym więcej strachu niż
gniewu. Nie mógł mieć więcej niż dwanaście lat - w tym właśnie wieku po
raz pierwszy przyjechałem na Obóz Herosów. Ta myśl przygnębiła mnie.
Temu chłopakowi wyprano mózg - tak wytrenowano, żeby nienawidził bogów i
samego siebie za to, że urodził się w połowie Olimpijczykiem. Kronos
wykorzystywał go, a mimo to dzieciak uważał mnie za wroga. Za nic w
świecie nie zamierzałem robić mu krzywdy. Nie potrzebowałem broni.
Wskoczyłem w zasięg jego ciosów, chwyciłem go za nadgarstek i uderzyłem
nim o ścianę. Miecz z brzękiem wypadł z ręki chłopaka. Następnie
zrobiłem coś, czego nie planowałem. Zapewne było to głupie. Z pewnością
narażało naszą misję, ale nie mogłem nic na to poradzić. - Jeśli chcesz
przeżyć - powiedziałem chłopcu - to natychmiast zmykaj z tego statku.
Powiedz to pozostałym półbogom. - Po czym popchnąłem go w dół schodów,
aż potoczył się na niższe piętro. Ja natomiast wspinałem się dalej. Złe
wspomnienia: korytarz biegnący wzdłuż jadalni. Annabeth, mój przyrodni
brat Tyson i ja zakradliśmy się tędy trzy lata temu podczas pierwszej
wizyty na okręcie.(...) Musiałem tylko przedostać się na drugą stronę.
Stamtąd mogłem zejść po schodach na lądowisko dla helikopterów -
umówione miejsce awaryjnego spotkania. Przy odrobinie szczęścia
Beckendorf będzie tam na mnie czekał. Skoczymy do morza. Moja moc
związana z wodą ochroni nas obu i zdetonujemy ładunki z odległości pół
kilometra. Byłem w połowie pokładu, kiedy zmroził mnie ten głos. -
Spóźniłeś się, Percy. Na galeryjce nade mną stał Luke z uśmiechem na
pobliźnionej twarzy. Miał na sobie dżinsy, biały podkoszulek i klapki
jak zwykły nastolatek, ale jego oczy zdradzały prawdę. Były
szczerozłote. - Czekaliśmy na ciebie od wielu dni. - Z początku jego
głos brzmiał zwyczajnie, jak Lukea. Ale potem jego twarz się wykrzywiła,
a ciałem wstrząsnął dreszcz, jakby napił się czegoś wyjątkowo
obrzydliwego. Głos stał się cięższy, starożytny i potężny - był to głos
pana tytanów, Kronosa. Usłyszane słowa przebiegły mi po plecach niczym
cięcie nożem. - Podejdź, uklęknij przede mną. - Jasne, już biegnę -
wymamrotałem. Po obu stronach basenu ustawili się olbrzymi
lajstrygonowie, jakby czekali na rozkaz. Każdy z nich miał prawie trzy
metry wysokości, tatuowane ramiona, skórzaną zbroję i nabijaną ćwiekami
maczugę. Herosi-łucznicy pojawili się na dachu nad Lukiem. Z
przeciwległej galeryjki zeskoczyły dwa piekielne ogary, warcząc na mnie.
Wystarczyło kilka sekund, żebym był otoczony. To była pułapka: nie ma
mowy, aby zdołali tak szybko zająć pozycje, gdyby nie wiedzieli, że się
pojawię. Spojrzałem na Lukea, czując, że gotuję się z gniewu. Nie miałem
pojęcia, czy jego świadomość w ogóle jest jeszcze żywa w tym ciele.
Może to, jak zmieniał się jego głos... A może to tylko Kronos
przyzwyczajał się do nowego kształtu. Powtarzałem sobie, że to nie ma
znaczenia. Luke był zły, a jego umysł wypaczony, na długo zanim jego
ciało opanował Kronos. Jakiś głos w mojej głowie podpowiadał: I tak
muszę kiedyś stanąć z nim do walki. Czemu nie teraz? Wedle Wielkiej
Przepowiedni, kiedy skończę szesnaście lat, mam podjąć tę jedną decyzję,
która uratuje świat albo sprowadzi na niego zagładę. Został zaledwie
tydzień od dziś. Czemu nie teraz? Jeśli naprawdę mam tę moc, to co za
różnica? Mogłem zakończyć to niebezpieczeństwo już tutaj, zwyciężając
Kronosa. Ej, walczyłem już przecież z potworami i bogami. Luke
uśmiechnął się, jakby czytał mi w myślach. Nie, to był Kronos. Muszę o
tym pamiętać. - Podejdź - powiedział. - Jeśli się ośmielisz.(...)Broń
Kronosa pojawiła się w jego ręce: dwumetrowy sierp, w połowie z
niebiańskiego spiżu, w połowie ze stali śmiertelników. Sam widok tego
ostrza sprawił, że ugięły się pode mną nogi. Ale zanim zdołałem zmienić
zdanie, zaatakowałem. Czas zwolnił. Dosłownie zwolnił, ponieważ Kronos
posiada taką moc. Czułem się tak, jakbym brnął przez syrop. Ramiona
ciążyły mi do tego stopnia, że ledwie byłem w stanie unieść miecz. Tytan
uśmiechnął się, obracając sierpem w zwykłym tempie i czekając, aż
podpełznę ku własnej zgubie. Usiłowałem walczyć z jego magią. Skupiłem
uwagę na otaczającym mnie morzu - źródle mojej mocy. Przez ostatnie lata
nauczyłem się nieźle nią kierować, ale tym razem najwyraźniej nic się
nie działo. Zrobiłem kolejny krok do przodu. Giganci wiwatowali.
Drakainy syczały, chichocząc. Hej, oceanie, błagałem w myślach. Zrób
coś. Nagle poczułem piekący ból w żołądku. Cały statek się zachwiał, co
zwaliło potwory z nóg. Dwieście hektolitrów słonej wody uniosło się z
basenu, zalewając mnie, Kronosa i wszystkich, którzy znajdowali się na
pokładzie. Woda dodała mi sił, łamiąc zaklęcie czasu, rzuciłem się więc
do przodu. Uderzyłem w ciało Kronosa, ale wciąż byłem zbyt powolny.
Popełniłem też błąd, spoglądając mu w twarz - w twarz Lukea - chłopaka,
który niegdyś był moim przyjacielem. Mimo że go nienawidziłem, nie
potrafiłem go zabić. Pan tytanów nie miał podobnych oporów. Uderzył w
dół sierpem. Odskoczyłem i straszliwe ostrze chybiło o kilka
centymetrów, rozdzierając poszycie pokładu dokładnie między moimi
stopami. Kronos ponownie zamachnął się sierpem. Odbiłem uderzenie
Orkanem, ale cios był tak potężny, że moje ostrze mogło go jedynie
zablokować. Krawędź sierpa przecięła mój rękaw i zadrasnęła rękę. To nie
powinna być poważna rana, ale cały bok ciała eksplodował bólem.
Przypomniałem sobie, co morski demon powiedział kiedyś o sierpie
Kronosa: "Ostrożnie, głupcze. Wystarczy, że tego dotkniesz, a ostrze
oddzieli twoją duszę od ciała". Zrozumiałem teraz, co miał na myśli. Nie
tylko traciłem krew. Czułem, że uchodzą ze mnie siła, wola,
tożsamość. Zatoczyłem się, przełożyłem miecz do lewej ręki i
rozpaczliwie zaatakowałem. Moje ostrze miało go przebić, ale odbiło się
od brzucha, jakbym uderzał w twardy marmur. Nie powinien tego
przeżyć. Kronos roześmiał się. - Marnie ci idzie, Percy Jacksonie. Luke
mówił mi, że nigdy nie dorównywałeś mu w szermierce. Zrobiło mi się
ciemno przed oczami. Wiedziałem, że nie mam dużo czasu. - Luke miał
przewrócone we łbie - powiedziałem - ale przynajmniej był to jego własny
łeb. - Szkoda byłoby zabijać cię teraz - zadumał się Kronos - zanim
zrealizuję swój plan. Będę się rozkoszował przerażeniem w twoich oczach,
kiedy uświadomisz sobie, w jaki sposób zniszczę Olimp. - Nigdy nie
dostaniesz się tym statkiem na Manhattan. - Ramię mi cierpło, a czarne
plamy latały przed oczami. - A niby dlaczego? - Złote oczy Kronosa
rozbłysły. Jego twarz - twarz Lukea - sprawiała wrażenie maski,
nienaturalnej, oświetlonej od wnętrza jakąś straszliwą mocą. - Czyżbyś
liczył na swojego przyjaciela i jego materiały wybuchowe? - Spojrzał w
dół, ku basenowi, i zawołał: - Nakamura! Z tłumu wystąpił nastoletni
chłopak w pełnej greckiej zbroi. Jego lewe oko zakrywała czarna
przepaska. Oczywiście znałem go: był to Ethan Nakamura, syn Nemezis.
Zeszłego lata uratowałem mu życie w Labiryncie, ale ten szczeniak w
podzięce pomógł Kronosowi powrócić do życia. - Odnieśliśmy sukces, panie
- zawołał Ethan. - Znaleźliśmy go tam, gdzie nam powiedziano. Klasnął w
dłonie i do przodu wystąpiło dwóch gigantów, wlekąc między sobą
Charlesa Beckendorfa. Serce mi zamarło. Beckendorf miał zapuchnięte oko,
poharataną całą twarz i pocięte ramiona. Stracił zbroję, a podkoszulek
miał w strzępach. - Nie! - krzyknąłem. Charles napotkał mój wzrok.
Zerknął na swoją rękę, jakby usiłował mi coś powiedzieć. Jego zegarek.
Nie zabrali go jeszcze, a w nim był detonator. Czy to możliwe, że
ładunki są już uzbrojone? Potwory z pewnością już je rozebrały. -
Znaleźliśmy go na śródokręciu - oznajmił jeden z gigantów - kiedy
próbował przemknąć się do maszynowni. Możemy go już zjeść? - Wkrótce. -
Kronos spojrzał spode łba na Ethana. - Jesteś pewny, że nie umieścił
ładunków? - Szedł do maszynowni, panie. - Skąd to wiesz? - No... - Ethan
przestąpił niepewnie z nogi na nogę. - Szedł w tamtym kierunku. No i
powiedział nam. Jego torba jest pełna ładunków wybuchowych. Powoli
zaczęło do mnie docierać. Beckendorf ich oszukał. Kiedy zdał sobie
sprawę, że zostanie schwytany, zawrócił, aby wyglądało na to, że
zmierzał w innym kierunku. Przekonał ich, że nie dotarł jeszcze do
maszynowni. Być może grecki ogień jest nadal uzbrojony! Ale nic nam to
nie pomoże, jeśli nie zdołamy uciec ze statku i zdetonować
ładunków. Kronos się zawahał. Uwierz, modliłem się. Ból w ramieniu
stawał się tak nieznośny, że ledwie trzymałem się na nogach. - Otwórz
jego torbę! - rozkazał pan tytanów. Jeden z gigantów zerwał worek z
ładunkami z ramion Beckendorfa. Zajrzał do środka, jęknął i odwrócił
worek. Przerażone potwory cofnęły się. Gdyby torba istotnie była pełna
słoików z greckim ogniem, wszyscy wylecielibyśmy w powietrze. Ale ze
środka wypadło dwanaście puszek z brzoskwiniami. Ethan pobladł. -
Yyy... - A czy aby wysłałeś kogoś, żeby SPRAWDZIĆ W MASZYNOWNI? Nakamura
cofnął się, przerażony, po czym obrócił na pięcie i popędził przed
siebie. Zakląłem pod nosem. Teraz dzieliło nas zaledwie kilka minut od
rozbrojenia ładunków. Złapałem znów wzrok Beckendorfa, zadając milczące
pytanie, w nadziei że zrozumie: Ile czasu? Złączył kciuk i palce,
tworząc okrąg. Zero. Detonator nie miał opóźnienia. Jeśli uda mu się
nacisnąć guzik, statek natychmiast wyleci w powietrze. Nie zdołamy się
oddalić, zanim to zrobimy. Potwory albo najpierw nas zabiją, albo
rozbroją ładunki, albo jedno i drugie. Kronos zwrócił się do mnie,
uśmiechając się krzywo. - Wybacz brak kompetencji moich pomocników,
Percy Jacksonie. Ale to nieistotne. Teraz mamy ciebie. Wiedzieliśmy o
twoim przybyciu od wielu tygodni. Wyciągnął rękę i potrząsnął niewielką
srebrną bransoletką z miniaturowym sierpem - znakiem pana
tytanów. Zraniona ręka odbierała mi zdolność myślenia, ale wymamrotałem:
- Urządzenie do komunikacji... Szpieg w obozie. Kronos zarechotał. -
Nie możesz liczyć na kumpli. Zawsze cię zawiodą. Luke przekonał się o
tym w wyjątkowo paskudny sposób. A teraz odłóż miecz i poddaj mi się
albo twój przyjaciel umrze. Przełknąłem ślinę. Jeden z gigantów zaciskał
ramię na szyi Beckendorfa. Nie miałem sił, żeby go ratować, a nawet
gdybym spróbował, zabiliby go, zanim bym do niego doskoczył. Zabiliby
nas obu. Charles wyszeptał jedno słowo: Już. Pokręciłem głową. Nie
mogłem po prostu go tam zostawić. Drugi z gigantów wciąż grzebał wśród
puszek z brzoskwiniami, co oznaczało, że lewa ręka Beckendorfa była
wolna. Uniósł ją powoli - ku zegarkowi na prawym nadgarstku. Chciałem
wrzeszczeć: NIE!(...)Beckendorf zacisnął powieki i dotknął zegarka. Nie
miałem wyboru. Rzuciłem mieczem w Kronosa niczym oszczepem. Odbił się od
jego piersi, nie robiąc mu krzywdy, ale przynajmniej go zaskoczył.
Przedarłem się przez tłum potworów i skoczyłem przez burtę statku w dół,
do znajdującej się trzydzieści metrów niżej powierzchni
wody. Usłyszałem grzmot głęboko we wnętrznościach "Księżniczki
Andromedy". Potwory wrzeszczały na mnie z góry. Obok ucha przemknęła mi
włócznia. Strzała wbiła mi się w udo, ale nie miałem nawet czasu, żeby
zarejestrować ból. Wpadłem do morza i kazałem prądom nieść mnie daleko,
jak najdalej... sto metrów, dwieście metrów. Nawet z takiej odległości
poczułem, że eksplozja wstrząsa światem. W tyle głowy poczułem falę
gorąca. "Księżniczka Andromeda" wybuchła z obu stron: potężna kula
zielonego płomienia wznoszącego się ku ciemnemu niebu, pożerająca
wszystko. Beckendorf, pomyślałem. Potem straciłem przytomność i opadłem
niczym kotwica na dno morza."