czwartek, 26 lutego 2015

CYTATY:

"- Tak się cieszę, że tu jesteście - powiedziała Afrodyta - nadchodzi wojna. Rozlew krwi jest nieunikniony. Można zrobić tylko jedno.
- Och... ale co? - zapytała Annabeth.
- Co? Oczywiście napić się herbaty i pogawędzić. Chodźcie!"

"Reszta załogi schroniła się pod pokładem - wszyscy prócz trenera Hedge'a, który przywarł do relingu na dziobie, rycząc: "NO DALEJ! Jezioro, pokaż co potrafisz!"

"Nigdy się nie rozstaniemy - powiedział. - Nie opuścisz mnie. Już nigdy."

"Herkulesa?-Percy zmarszczył czoło-Ten facet jest jak Starbucks starożytnej Grecji. Dokądkolwiek się obrócisz, wszędzie jest."

"- Och, to jeszcze jeden wspaniały pomysł Leona Valdeza. Nie uwierzysz, co można zdziałać, mając kulę Archimedesa, dziewczynę, która wywęszy wszystko w podziemiach, i łasiczkę.
- To ja byłem łasiczką - burknął Frank."

"- Już w porządku - powiedział. - Jesteśmy razem.
Nie powiedział: "Nic się nie stało" albo "Żyjemy". Po tym wszystkim, co przeszli w ciągu ostatniego roku, najważniejsze było, że są razem. Kochała go za to."

"- To głupota - powiedziała Lwia Głowa. -Tylko opóźniasz swoją śmierć.
- Opóźnianie swojej śmierci to moje ulubione hobby."

"-Nie powinnam w ogóle istnieć."

"Annabeth chwyciła go[Percy'ego] za nadgarstek i szybkim ruchem przerzuciła sobie przez ramię. Upadł całym ciałem na bruk. (...) Wparła kolano w pierś Percy'ego. Przycisnęła mu gardło przedramieniem.(...)
-Jeśli kiedykolwiek znowu mnie opuścić (...) to przysięgam na wszystkich bogów...(...)
-Przyjąłem ostrzeżenie - rzekł Percy. - Ja też za Tobą tęskniłem."

"- Ratujcie się! - zawołał Percy. - Dla nas już za późno na ratunek! - Z jego ust wyrwał się zduszony okrzyk. Wskazał na miejsce, w którym ukrywał się Frank. - Och, nie! Frank zamienia się w szalonego delfina! 
Nic się nie stało. 
- Powiedziałem, Frank zamienia się w szalonego delfina! 
Frank wychnął zza balisty i pokazowo chwycił się za gardło. 
- Och, nie! - powiedział, jakby czytał z promptera w studium telewizyjnym. - Zamieniam się w szalonego delfina."

"-Leonie Valdezie! - zawył duch. - Otwórz te drzwi albo cię zabiję!
-Uczciwa i wspaniałomyślna propozycja!- odparł Leo."

„Całkiem niezła sztuczka jak na chłopaka, który robił całkiem przeciętne wrażenie”    

Trzeci tom  z serii "Olimpijscy Herosi"

tom 3 - Znak Ateny:


ANNABETH JEST PRZERAŻONA. Właśnie gdy ma znowu spotkać się z Percym po sześciu miesiącach rozłąki, na którą skazała ich Hera, Obóz Jupiter szykuje się do wojny. Kiedy dziewczyna i jej przyjaciele Jason, Piper i Leo przylatują tam na pokładzie Argo II, rzymscy półbogowie sądzą, że to inwazja: grecki okręt wojenny – fantastyczne dzieło Leona, z miotającym ogień spiżowym smokiem na dziobie – odbierają jako zagrożenie. Annabeth ma nadzieję, że kiedy Rzymianie zobaczą na pokładzie Jasona, swojego pretora, przekonają się, że goście z Obozu Herosów przybywają z pokojową misją.

TO NIE JEST JEDYNY POWÓD JEJ LĘKU. Annabeth ma w kieszeni dar od matki, który otrzymała z żądaniem: „Idź za Znakiem Ateny. Pomścij mnie”. Dziewczyna i tak już dźwiga ciężar przepowiedni, według której siedmioro półbogów ma wyruszyć na poszukiwanie Wrót Śmierci, aby je zamknąć i udaremnić powrót potworów na świat. Czego jeszcze chce od niej Atena?

ANNABETH NAJBARDZIEJ BOI SIĘ JEDNAK TEGO, ŻE PERCY MÓGŁ SIĘ ZMIENIĆ. Może przyjął już rzymskie poglądy i obyczaje? Może nie są mu już potrzebni dawni greccy przyjaciele, a w razie konfliktu stanie po stronie Rzymian? Jako córka bogini wojny i mądrości Annabeth jest urodzoną przywódczynią, ale nie chce już nigdy rozstawać się z ukochanym Percym, synem boga mórz.

PEŁNA NIESAMOWITYCH PRZYGÓD WYPRAWA Z AMERYKI DO RZYMU, gdzie czekają na młodych herosów zaskakujące odkrycia, niespodziewane wybory i straszliwe zagrożenia. Od powodzenia ich misji zależą losy całego świata. Wejdź z nimi na pokład Argo II, jeśli masz odwagę…

środa, 18 lutego 2015

Liebster Award

Zostałam nominowana przez S.S.Dream
miło choć nie uważam że mój blog na to zasługuje ;)

„Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”




1. Lubisz prowadzić swojego bloga i czy chcesz go prowadzić? 
Chyba tak , mam do niego jakiś taki sentyment więc zapewne będę go prowadzić dalej ;)
2. Co lubisz robić w wolnym czasie?
Czytać książki,oglądać anime, spędzać czas przyjemnie
3. Co jest twoim największym celem?
Przeżyć jakoś to życie :D . Nie no,nie mam raczej  żadnego celu w swym życiu może się to zmieni w przyszłości  :)
4. Jakie są twoje ulubione książki i dlaczego?
Och dużo ich mam XD mm bardzo lubię serie Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy , Szklany Tron tom 1 (tom 2 już mi się tak nie podobał czekam na 3 cz.) Kamienne ciało (tom 1) Nieustraszony (tom 2). Uwielbiam czytać takie książki bo jest przygoda,akcja i miłość :D
5. Wiem, że lubisz anime. Jakie są twoje ulubione serie i dlaczego?
Lubię :

Fairy Tail
 Cross Ange: Tenshi to Ryuu no Rondo
Aldnoah.Zero 
Pamiętniki Wampirów
Nanatsu no Taizai

A z takich co już się skończyły to :

Trinity Seven
One Week Friends  
Soredemo Sekai wa Utsukushii 
Isekai no Seikishi Monogatari 
Zero no Tsukaima  
Ookami Shoujo to Kuro Ouji  
Kokoro Connect 
Hentai Ouji to Warawanai Neko 
Ao no Exorcist

Wiem trochę dużo ale to moje ulubione :)

6. Jakie książki przeczytałaś?
Och dużo by ich wymieniać głównie interesuje mnie magia , smoki , inny świat , przygoda czyli fantastyka i fantasy (z tego co mi wiadomo to to się różni)
7. Czy chciałabyś kiedyś napisać bloga z opowiadaniem czy choćby samo opowiadanie?
Chyba tak ale wiem że nie dałabym radę , zabrakło by mi pomysłu i nie umiem pisać
raczej wolę sobie wyobrażać jakieś sytuacje z moimi bohaterami ale to takie krótkie albo jak coś czytam to że ta osoba mogłaby zrobić coś innego i późniejsza sytuacja która z tego wynika.
8. Jakie lubisz zwierzę?
Lubię dużo zwierząt ale moim ulubionym jest kot na równi z psem ;)
9. Dlaczego prowadzisz bloga akurat o książkach?
Chciałam pisać o czymś co mnie interesuje i pokazać innym wiele ciekawych książek które przeczytałam
10. Co robisz w ferie?
Narazie siedzę w domu i oglądam anime bo książek nowych nie mam
11. W którym dniu i miesiącu się urodziłaś?
18 marzec - koniec zimy początek wiosny :)

Mam nadzieje że wypowiedziałam się wyczerpująco.Starałam się odpowiedzieć jak najlepiej  :)

Nominuję:
http://swiat-rogacza.blog.pl
http://nalu4ever.blogspot.com
http://mscolores.blogspot.com

1.Co się natchnęło do napisania tego blogu?
2.Z czego czerpiesz pomysły?
3.Czy jesteś zadowolona/-ny  ze swojego blogu?
4.Czy czytasz inne blogi?
5.Lubisz prowadzić swojego bloga?
6.Jeśli oglądasz jakieś anime to jakie jest twoje ulubione?
7.Jeśli czytasz książki to jakie są twoje ulubione?
8.Jaki jest twój ulubiony bohater/bohaterka?
9.Co lubisz robić w wolnym czasie?
10.Ulubiona muzyka?
11.Co lubisz robić najbardziej?
 

 

 

 

 

 

 













niedziela, 8 lutego 2015

CYTATY:

"- Chciałbym mieć ADHD albo dysleksję. A mam tylko nietolerancję laktozy.
Percy uśmiechnął się.
- Poważnie?
[...]
- I uwielbiam lody..."

"- Reyna wysłała mnie po Percy'ego. Oktawian cię zaakceptował?
- Tak - odrzekł Percy. - Zarżnął moja pandę.
- On... Och. Wróżba? Tak, pluszowe misie moją koszmarne sny o tym facecie. (...)"

"-Twoja matka nauczyła mnie pewnego chińskiego przysłowia. Jedz gorycz...
-Jedz gorycz, poczuj słodycz. Nienawidzę tego przysłowia."

"Zamówili wielkie talerze jajek, naleśników i kiełbasek z reniferów, chociaż Frank był trochę zaniepokojony tym ostatnim daniem.
- Uważacie, że zjadanie Rudolfa jest w porządku?
- Koleś, mógłbym teraz zjeść wszystkie renifery Świętego Mikołaja - odrzekł Percy. - Jestem głodny."

"Och, Hazel jest niesamowita! – ucieszył się Don(faun czyli grecki satyr). – Jest taka słodziutka! Wszyscy inni obozowicze mówią: „Spadaj, Don”. A ona mówi: „Proszę Cię, Don, spadaj”. Uwielbiam ją!" 

"- Jesteś augurem? - przerwał mu bóg.
- T-tak, panie.
Mars wyciągnął z pasa zwój.
- Czy ktoś ma długopis?
Legioniści wytrzeszczyli na niego oczy.
Mars westchnął.
- Dwie setki Rzymian i nikt nie ma nic do pisania. (...)"

"Użalanie się nad sobą nie pomaga w życiu, synu."

"Możesz być kim zechcesz, powiedziała jego matka.
Nie"-pomyślał. - "Nie mogę być aż takim egoistą."

"- [...] Syn Neptuna? Powinieneś mieć potężną aurę przyciągającą potwory wszelkiego rodzaju.
- Zgadza się, Mówiono mi, że śmierdzę."

"Wyjaśniła mu, że ogry otoczyły dom przed trzema dniami, czekając na niego.
- Chcą cię upiec i zjeść - powiedziała z odrazą. - To śmieszne. Na pewno smakujesz okropnie.
- Dzięki, babciu."

"- (...) W tęczy pojawiła się Reyna, jak na wideokonferencji. Była w łaźni. Okropnie ją wystraszyłam.
- Wiele bym dał, żeby to zobaczyć - powiedział Frank. - To znaczy... jej minę. Nie kąpiel."

"Dziwne rzeczy się dzieją, kiedy ktoś próbuje przechytrzyć przeznaczenie."

"(...) - To mężczyźni tacy jak ty doprowadzili do upadku świat śmiertelników. Jedynym harmonijnym społeczeństwem jest nasze, rządzone przez kobiety. Jesteśmy silniejsze, mądrzejsze...
- Skromniejsze - dodał Frank."

"- To co, może pokarzesz mi łaźnie? - powiedział Percy. - Jestem brudny.
Frankowi udało się uśmiechnąć.
- No tak. Trochę to czuć."

"Szykuje się niezła zabawa - pomyślała. - Syn Neptuna i syn Plutona przybywają do obozu tego samego dnia. Brakuje tylko czarnych kotów i stłuczonych luster."

"- Dzięki, Hazel – powiedział. – A… co właściwie oznacza to.. to poręczenie za mnie?
- Gwarantuję, że będziesz się dobrze zachowywał. Uczę cię regulaminu, odpowiadam na twoje pytania, zapewniam, że nie przyniesiesz wstydu legionowi.
- A… jak zrobię coś złego?
- Wtedy zabiją i mnie i Ciebie. Jesteś głodny? Chodźmy coś zjeść."

"- Współudział jest dobry. Koniec z przerwami w życiorysie. Największa przerwa w dostawie prądu w Stanach Zjednoczonych czternastego sierpnia 2003 roku. Hazel zgodziła się na współudział. Koniec z przerwami w życiorysie.
Percy podrapał się po czole.
- No właśnie... I tak sobie gawędziliśmy przez całą noc. I nadal nie wiem, o czym ona mówi."

"- Godło twojej mamy. Tej... no, bogini wojny. - Próbował sobie przypomnieć jej imię, ale nie chciał się pomylić. Coś jak Bolonia... albo salami?
- Tak, Bellony. [...]"

"- Sprawdzimy, co się dzieje z Hazel? - zapytał.
- Da radę... mam nadzieję - odrzekł Frank. - W podziemiach nieźle sobie radzi. Naprzód! Już prawie doszliśmy.
- Prawie dokąd?
Juna zachichotała.
- Wszystkie drogi tam prowadzą, moje dziecko. Powinieneś to wiedzieć.
- Do więzienia?
- Do Rzymu, moje dziecko. Do Rzymu."

"Życie jest tak cenne tylko dlatego, ze ma swój koniec, synu. Mówi ci to bóg. Wy, śmiertelnicy, nie wiecie jakie macie szczęście."

"Słyszał opowieści o ludziach, którym amputowano rękę lub nogę i którzy wciąż odczuwali bóle w miejscu, gdzie ta kończyna była wcześniej. Tak było z jego świadomością - jakby bolałby go utracone wspomnienia."

"Polybotes przetoczył się przez granice miasta.
-Mam cię- zawołał Terminus- To jest sprzeczne z prawem.!
Polybotes zmarszczył czoło, najwyraźniej zdumiony, że ruga go jakiś posąg."

"Nie trać nadziei, Frank. Tęcze to zawsze znaki nadziei."

"Percy mruknął po grecku coś, co prawie na pewno nie spodobałoby się zakonnicom w Akademii Świętej Agnieszki."

"- Dobry pełzający gad - rzekł Frank, świadom, że ma w kieszeni na piersiach drewienko. - Dobry, trujący, rzygający ogniem gad."

"- Jak dorosnę, zostanę Percym Jacksonem- oświadczyła Julia(- Sześcioletnia dziewczynka, pomocnica Terminusa rzymskiego boga granic w Obozie Jupiter)."        
               

OPIS:

Akcja rozpoczyna od walki Percy’ego z gorgonami, jednak heros odkrywa pewną nieprawidłowość- potwory nie mogą zabić jego, a on nie może zabić potworów. Wtem pojawia się staruszka, która prosi go o pomoc. Chłopak wiedziony przez tajemniczą starszą panią, która potem okazuje się być rzymską boginią trafia do obozu, gdzie wszyscy nazywają go „graecus”, co znaczy dosłownie grek, wróg, nieprzyjaciel. Sam heros nic nie pamięta z wyjątkiem jednego imienia- Annabeth lecz wkrótce zaprzyjaźnia się z enigmatyczną Hazel i niezdarnym Frankiem. W obliczu zagrożenia ze strony armii Gai, którą dowodzi jeden z jej synów- gigant Polybotes zostaje wyznaczona misja, którą dostaje Percy i jego nowi przyjaciele. Mają zniszczyć Alkyoneusa, z tym że nie mają pojęcia, gdzie się ukrywa ani, jak mają to zrobić…

"SYN NEPTUNA" rozdział 1:

Wężowłose jędze zaczęły Percy’ego irytować. Nie zginęły raz na zawsze, kiedy w Galerii Wyprzedaży w Napa zbombardował je całą skrzynką kul do gry w kręgle. Nie zginęły, kiedy w Martinez rozjechał je policyjnym radiowozem. I – co było już całkiem niewiarygodne – nie zginęły, kiedy poodcinał im głowy w parku Tilden. Za każdym razem gdy je zabijał, rozsypywały się w proch, ale już po chwili zaczynały się formować na nowo, jak wielkie rozjuszone koty z kurzu. Wydawało się, że nigdy się ich nie pozbędzie. Dotarł na szczyt wzgórza i zatrzymał się, łapiąc oddech. Ile czasu minęło, odkąd pozabijał je po raz ostatni? Może dwie godziny. Nigdy nie pozostawały martwe na dłużej. Od kilku dni prawie nie zmrużył oka. Żywił się tym, co udało mu się zdobyć – lepkimi batonikami z automatów, stęchłymi bajglami, nie pogardził nawet krokietem z fast foodu, co było już poniżej jego godności. Ubranie miał poszarpane, nadpalone i obryz­gane śluzem potworów. Udało mu się przeżyć tylko dlatego, że owe dwie wężowłose jędze – gorgony – również jakoś nie mogły go zabić. Ich szpony nie rozdzierały mu skóry, zęby im się łamały, kiedy próbowały go ukąsić. Czuł jednak, że dłużej już nie wytrzyma. Wkrótce całkiem opadnie z sił i choć teraz jeszcze wydaje się to niemożliwe, wówczas na pewno znajdą jakiś sposób, aby go zabić. Dokąd uciec? Rozejrzał się. W innych okolicznościach pewnie podziwiałby te widoki. Na lewo biegły w głąb lądu złociste wzgórza, nakrapiane jeziorami, lasami i stadami krów. Na prawo rozciągały się równiny Berkeley i Oakland – rozległa szachownica podmiejskich osiedli z kilkoma milionami mieszkańców, którzy na pewno nie życzyliby sobie, by jakieś dwa potwory i obszarpany półbóg zepsuli im spokój letniego poranka. Jeszcze dalej na zachód lśniła pod srebrną mgiełką Zatoka San Francisco, a za nią większość miasta otulał wał gęstej mgły, z której wyłaniały się tylko szczyty drapaczy chmur i wieże mostu Golden Gate. Ogarnął go dziwny smutek. Coś mu mówiło, że już kiedyś był w San Francisco. To miasto miało jakiś związek z Annabeth – jedyną osobą, którą pamiętał. Dręczył go ten brak wspomnień. Wilczyca obiecała, że znowu spotka się z Annabeth i że odzyska pamięć – jeśli jego wędrówka zostanie uwieńczona sukcesem. Może powinien przepłynąć przez zatokę?
Niezły pomysł. Nawet stąd czuł kuszącą moc oceanu. Woda zawsze dodawała mu sił, a już wiedział, że słona jest najlepsza. Odkrył to dwa dni wcześniej, kiedy w cieśninie Carquinez zadusił morskiego potwora. Gdyby dotarł do zatoki, mógłby stoczyć śmiertelną walkę. Może nawet udałoby mu się utopić gorgony. Ale od wybrzeża dzieliły go przynajmniej trzy kilometry. Musiałby przejść przez całe miasto.
Powstrzymywała go też inna sprawa. Wilczyca Lupa nauczyła go, jak wyostrzyć zmysły: trzeba zawierzyć instynktowi, a ten wiódł go na południe. Percy czuł silne mrowienie w całym ciele, jakby ów samonaprowadzający radar alarmował go, że cel wędrówki jest blisko – prawie tu, pod jego stopami. Ale czy to możliwe? Tutaj, na samym szczycie jakiegoś wzgórza?
Wiatr powiał z innej strony. Percy wyczuł odór gadów. Niecałe sto metrów niżej coś szeleściło w lesie, łamiąc gałązki, krusząc liście i sycząc.
Gorgony.
Po raz któryś zapragnął, żeby nie miały tak dobrego węchu. Zawsze mu mówiły, że potrafią go wyczuć, bo jest półbogiem – synem jakiegoś starego rzymskiego boga. Próbował wytarzać się w błocie, kąpać w strumieniach, nawet trzymać w kieszeniach odświeżacze powietrza, żeby pachnieć wnętrzem nowego samochodu, ale najwyraźniej półboskiego smrodku nic nie mogło stłumić.
Powlókł się na zachodni kraniec szczytu. Było zbyt stromo, by zejść tamtędy ze wzgórza. W dole, ze dwadzieścia metrów niżej, widniał dach jakiejś willi wbudowanej w zbocze. Jeszcze piętnaście metrów niżej spod podstawy wzgórza wyłaniała się szosa bieg­nąca serpentynami do Berkeley.
Wspaniale. Nie ma innego zejścia.
Dał się zapędzić w kozi róg.
Spojrzał na sznur samochodów zmierzających ku San Francis­co. Żałował, że nie jedzie którymś z nich. A potem zdał sobie sprawę z tego, że szosa musi przecinać wzgórze. Tunelem… tuż pod jego stopami.
Wewnętrzny radar oszalał. Tak, znalazł się we właściwym miejscu, tylko trochę za wysoko. Musi sprawdzić ten tunel. Musi jakoś dostać się na szosę – i to szybko.
Zdjął plecak. W Galerii Wyprzedaży w Napa udało mu się zdobyć sporo rzeczy: kieszonkowy GPS, taśmę izolacyjną, latarkę, superklej, manierkę, śpiwór, pluszową poduszkę w kształcie misia pandy (jak ta w telewizji) i szwajcarski scyzoryk wojskowy – prawie cały niezbędnik nowoczesnego herosa. Brakowało czegoś, co mogłoby służyć jako spadochron albo sanki.
Pozostawały dwie opcje: skoczyć dwadzieścia metrów w dół i złamać sobie kark albo zostać na górze i walczyć. Obie brzmiały paskudnie.
Zaklął i wyciągnął z kieszeni długopis.
Długopis wyglądał całkiem zwyczajnie, ale gdy tylko Percy zdjął z niego zatyczkę, zamienił się w lśniący spiżowy miecz. Klinga była idealnie wyważona. Owinięta skórą rękojeść pasowała do ręki, jakby zrobiono ją specjalnie dla niego. Na gardzie wygrawerowano greckie słowo, które Percy dziwnym trafem rozumiał: Anaklysmos – Orkan.
Kiedy to było, gdy przebudził się z tym mieczem w dłoni owej pierwszej nocy spędzonej w Wilczym Domu? Dwa miesiące temu? Więcej? Stracił poczucie czasu. Znalazł się na dziedzińcu jakiegoś spalonego dworku pośród lasu, ubrany tylko w szorty i pomarańczową koszulkę. Na szyi miał rzemień z dziwnymi glinianymi paciorkami, a w ręku ten miecz. Nie miał zielonego pojęcia, jak się tam znalazł, i tylko jakieś bardzo mętne przeczucie co do tego, kim jest. Był bosy, przemarznięty i oszołomiony. A potem pojawiły się wilki…
Tuż koło niego rozległ się znajomy głos, sprowadzając go na ziemię:
– Tu jesteś!
Uskoczył przed gorgoną, o mało nie spadając ze szczytu wzgórza.
To ta uśmiechnięta – Beano.
No dobra, naprawdę nie nazywała się Beano. Chyba był dyslektykiem, bo kiedy próbował coś przeczytać, słowa dostawały kręćka. Kiedy ujrzał ją po raz pierwszy, stojącą przed Galerią Wyprzedaży, z wielkim zielonym znaczkiem na piersiach, na którym wypisane było: „Witaj! Nazywam się STENO”, odczytał jej imię jako BEANO.
Wciąż miała na sobie firmową zieloną kamizelkę Galerii Wyprzedaży nałożoną na sukienkę w kwiaty. Na pierwszy rzut oka można było ją wziąć za zwykłą przysadzistą babcię – póki nie spojrzało się w dół i nie zobaczyło, że ma stopy koguta. Póki nie przyjrzało się jej ustom i nie zobaczyło wystających z nich spiżowych kłów dzika. Jej oczy płonęły czerwienią, a włosy były plątaniną jadowicie zielonych żmij.
Co było najstraszniejsze? Wciąż trzymała wielką srebrną tacę z darmowymi przekąskami w postaci miniaturowych pierożków z serem. Percy uśmiercił Steno już wiele razy, więc taca była pogięta, mimo to przekąski wciąż wyglądały smakowicie. Gorgona taszczyła je przez całą Kalifornię, żeby móc nimi poczęstować Percy’ego, zanim go zabije. Nie miał pojęcia, dlaczego ona to robi, ale wiedział już, że jeśli kiedykolwiek będzie mu potrzebna zbroja, zrobi ją z chrupiących pierożków z serem. Były niezniszczalne.
– Skosztujesz? – zapytała Steno.
Percy odpędził ją machnięciem miecza.
– Gdzie jest twoja siostra?
– Och, schowaj miecz! Już wiesz, że nawet niebiański spiż nie może nas zabić na długo. Skosztuj pierożka! W tym tygodniu są w promocji, a nie chciałabym cię zabić na pusty żołądek.
– Steno!
Druga gorgona pojawiła się z prawej strony tak szybko, że Percy nie zdążył zareagować. Na szczęście wpatrywała się w siostrę.
– Powiedziałam ci, że masz go wytropić i zabić!
Uśmiech spełzł z twarzy Steno.
– Ależ… Euryale… – Wymówiła to imię tak, że rymowało się z Muriel. – Nie mogę go najpierw poczęstować pierożkiem?
– Nie, ty idiotko!
Euryale odwróciła się do Percy’ego i obnażyła kły.
Poza włosami, które były plątaniną węży koralowych zamiast zielonych żmij, wyglądała zupełnie jak jej siostra. Jej firmową kamizelkę, kwiecistą sukienkę, a nawet kły zdobiły naklejki z napisem RABAT 50%. Na zielonej plakietce było napisane: „Cześć! Nazywam się GIŃ, NĘDZNY HEROSIE!”.
– Nieźle się za tobą nagoniłyśmy, Percy Jacksonie – powiedziała. – Ale jesteś już w pułapce, a my nasycimy się zemstą!
– Pierożki są tanie, tylko dolar dziewięćdziesiąt dziewięć centów za sztukę – dodała uprzejmie Steno. – Dział spożywczy, alejka trzecia.
– Steno, Galeria Wyprzedaży to była ściema! – warknęła Euryale.
– Nie przyzwyczajaj się! A teraz odłóż tę śmieszną tacę i pomóż mi zabić tego herosa. Może już zapomniałaś, że to on unicestwił Meduzę?
Percy cofnął się. Tylko piętnaście centymetrów dzieliło go od przepaści.
– Posłuchajcie, moje panie, już to przerabialiśmy. Nawet nie pamiętam, że zabiłem Meduzę. Niczego nie pamiętam! A może byśmy ogłosili zawieszenie broni i pogadali o waszych specjalnych ofertach na ten tydzień?
Steno spojrzała wyczekująco na siostrę, kapryśnie wydymając wargi, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę jej wielkie kły.
– Możemy?
– Nie! – Euryale utkwiła wzrok czerwonych oczu w Percym. – Nie obchodzi mnie, co pamiętasz, synu boga morza. Wyczuwam na tobie krew Meduzy. Słabe to ślady, sprzed kilku lat, ale to ty ostatnio z nią walczyłeś. A ona nadal nie wraca z Tartaru. To twoja wina!
Percy wciąż nie mógł się w tym połapać. Cała ta idea „umierania, a potem powracania z Tartaru” przyprawiała go o ból głowy. Oczywiście taką reakcję wywoływały w nim też inne zjawiska: długopis zmieniający się w miecz albo dziwna Mgła, która ukrywa potwory, czy fakt, że on sam jest synem jakiegoś obrośniętego muszelkami boga sprzed pięciu tysięcy lat. Ale w to wszystko wierzył. Choć został pozbawiony pamięci, wiedział, że jest półbogiem, i wiedział, że nazywa się Percy Jackson. Od czasu swojej pierwszej rozmowy z wilczycą Lupą pogodził się z tym, że ów zwariowany, pokręcony świat bogów i potworów jest rzeczywistością, w której przyszło mu żyć. Co wcale mu w życiu nie pomagało.
– A gdybyśmy tak zgodzili się na remis? – zapytał. – Ja nie mogę was zabić. Wy nie możecie zabić mnie. Jeśli jesteście siostrami Meduzy… tej Meduzy, która zamieniała ludzi w kamień… to dlaczego nie jestem teraz kamieniem?
– Ci herosi! – prychnęła Euryale. – Zawsze ta sama śpiewka. Jak nasza matka! „Dlaczego nie możecie zamienić kogoś w kamień? Wasza siostra to potrafi”. No więc muszę cię rozczarować, młodziaku! To potrafi tylko Meduza. Była najstraszniejsza w całej naszej rodzinie. Zgarnęła całą pulę.
Steno zrobiła urażoną minę.
– Matka mówiła, że ja jestem najstraszniejsza.
– Siedź cicho! – warknęła Euryale. – A jeśli chodzi o ciebie, Percy Jacksonie, to prawda, że nosisz piętno Achillesa, więc trochę trudniej cię zabić. Ale nie martw się. Znajdziemy na to sposób.
– Jakie znowu piętno?
– Achillesa – odpowiedziała ochoczo Steno. – Och, był niesamowity! Kiedy był dzieckiem, zanurzono go w rzece Styks, więc całe ciało miał uodpornione na zranienia, z wyjątkiem pięty, za którą go trzymano. To samo stało się z tobą, kochasiu. Ktoś musiał cię zanurzyć w Styksie i teraz masz skórę jak z żelaza. Ale nie martw się. Herosi tacy jak ty zawsze mają jakieś słabe miejsce. Musimy je po prostu znaleźć i wtedy cię zabijemy.
Czyż to nie cudowne? Poczęstuj się pierożkiem!
Percy próbował się skupić. Nie pamiętał żadnego zanurzania w Styksie. No tak, ale przecież niczego nie pamiętał. Nie czuł, by miał skórę z żelaza, ale to by wyjaśniało, dlaczego gorgony od tak dawna nie mogą go zabić.
A może gdyby po prostu skoczył w przepaść… toby przeżył? Za duże ryzyko… w każdym razie bez czegoś, co spowolniłoby spadanie, bez jakichś sanek albo…
Spojrzał na wielką srebrną tacę z darmowymi przekąskami, którą Steno wciąż trzymała w rękach.
Hmm…
– Więc dasz się namówić, tak? – zapytała Steno. – I bardzo mądrze, kochasiu. Dodałam do nich trochę gorgoniej krwi, więc umrzesz szybko i bezboleśnie.
Percy poczuł mdłości.
– Dodałaś do pierożków swojej krwi?
– Tylko trochę. – Steno uśmiechnęła się. – Drobne nacięcie na ramieniu, ale dla ciebie, mój słodziutki, warto było. Musisz wiedzieć, że krew z prawej połowy naszego ciała leczy ze wszystkiego, natomiast krew z lewej połowy jest śmiertelnie…
– Ty idiotko! – zaskrzeczała Euryale. – Nie powinnaś mu tego mówić! Nie zje pierożków, skoro mu powiedziałaś, że są zatrute!
Steno zrobiła zaskoczoną minę.
– Nie zje? Przecież powiedziałam też, że śmierć będzie szybka i bezbolesna.
– Mniejsza z tym! – Paznokcie Euryale zmieniły się w szpony. – Zabijemy go w tradycyjny sposób. Po prostu drzyj go pazurami, aż znajdziemy ten słaby punkt. A kiedy już pokonamy Percy’ego Jacksona, będziemy sławniejsze od Meduzy! Nasza patronka sowicie nas nagrodzi!
Percy zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Musi idealnie zaplanować ruchy… chwila nieuwagi z ich strony… złapać tacę lewą ręką…
Trzeba czymś zająć ich uwagę.
– Zanim rozerwiecie mnie na strzępy, powiedz mi, kim jest ta patronka, o której wspomniałaś?
Euryale uśmiechnęła się szyderczo.
– Nie wiesz? To bogini Gaja! Ta, która wywiodła nas z nicości! Nie pożyjesz tak długo, by ją spotkać, ale twoi przyjaciele, tam, w dole, wkrótce poznają jej gniew. Jej armie już maszerują na południe. Przebudzi się w Święto Fortuny, a wówczas będziemy ciąć półbogów jak… jak…
– Jak nasze ceny w Galerii Wyprzedaży! – wtrąciła Steno.
– No nie!
Euryale rzuciła się na swoją siostrę. Percy chwycił srebrną tacę, z której pospadały pierożki, i ugodził Orkanem Euryale, przecinając ją na pół.
Uniósł tacę, a Steno ujrzała w niej swoje zatłuszczone odbicie.
– Meduza! – wrzasnęła.
Jej siostra rozsypała się w pył, ale już zaczęła się odradzać jak roztapiający się bałwan śnieżny na filmie puszczonym od tyłu.
– Steno, ty kretynko! – zabulgotała, gdy jej twarz wyłoniła się z obłoku pyłu. – To jest twoje własne odbicie! Zabij go!
Percy rąbnął Steno w głowę srebrną tacą, pozbawiając przytomności.
Przyłożył sobie tacę do pośladków, odmówił w duchu modlitwę do któregokolwiek rzymskiego boga opiekującego się głupimi zjazdami na łeb, na szyję, po czym skoczył w przepaść.

niedziela, 1 lutego 2015

DRUGI TOM Z SERII "OLIMPIJSCY HEROSI"

tom 2-Syn Neptuna:

 

W drugiej części cyklu Olimpijscy herosi pojawia się wielu nowych bohaterów, którym przyjdzie się zmierzyć z potężnymi, zagrażającymi światu wrogami. Odnajdziemy tu wszystkie cechy powieści Ricka Riordana, które przysporzyły mu tylu fanów: wartką akcję, patos i humor. Zanurzymy się w świecie już nie tylko greckich bogów i ich współczesnych potomków, ale i bogów rzymskich i ich walecznych legionistów…

PERCY MA ZAMĘT W GŁOWIE. Budzi się z długiego snu i nie pamięta zbyt wiele poza własnym imieniem. Nie odzyskuje pamięci nawet wówczas, gdy wilczyca Lupa mówi mu, że jest półbogiem, i uczy go władania magicznym mieczem. Odbywa wędrówkę, podczas której musi pokonać wiele potworów, i w końcu trafia do obozu herosów… ale i tutaj niczego sobie nie przypomina. Pamięta tylko jeszcze jedno imię: Annabeth.

HAZEL POWRÓCIŁA Z TAMTEGO ŚWIATA. W poprzednim życiu starała się być posłuszną córką, choć jej matka wykorzystywała szczególny „dar” córki, by zaspokoić swoją chciwość. Kiedy więc tajemniczy Głos opętał matkę i jej ustami nakazał użyć owego „daru”, by obudzić wielkie zło, Hazel zbyt późno zdobyła się na odwagę, by mu się sprzeciwić. Na skutek jej błędu zagrożone są losy całego świata. Teraz Hazel marzy tylko o tym, by uciec od tego wszystkiego na zaczarowanym koniu, który pojawia się w jej snach.

FRANK JEST NIEZDARĄ. Choć jego babcia twierdzi, że ich przodkowie byli potężnymi bohaterami, a on sam może się stać, kim tylko zechce, Frankowi nie jest łatwo w to uwierzyć. Nie wie nawet, kim jest jego ojciec. Ma nadzieję, że okaże się nim Apollo, bo strzelanie z łuku to jedyne, w czym chłopak jest dobry – choć nie aż tak dobry, by odnosić sukcesy w obozowych manewrach. Wstydzi się swojej niezdarności, zwłaszcza w towarzystwie Hazel, najbliższej przyjaciółki. To właśnie jej postanawia powierzyć swój największy sekret.


Niesamowite przygody młodych bohaterów zaczynają się w „innym obozie” półbogów, a potem przenoszą ich daleko, do krainy, nad którą bogowie nie mają już władzy. Pojawiają się nowi herosi, odżywają straszliwe potwory i rodzą się nowe przerażające istoty, a wszystko to ma związek ze spełnianiem się Przepowiedni o Siedmiorgu.

 

 

CYTATY:

"- Afrodyta zabrała mi kurtkę - mruknęła. - Własna matka mnie okradła."

"- Jaki problem? - zapytała Piper.
- Szuka jednego kolesia z naszego obozu, który wsiąkł gdzieś trzy dni temu. Świruje z niepokoju. Miała nadzieje, że tu go odnajdzie.
- Kogo szuka? - spytał Jason.
- Swojego chłopaka. Nazywa się Percy Jackson." 
 
"- Hmm - mruknął Boreasz. Oczy mu migotały, ale trudno było powiedzieć, z gniewu czy z rozbawienia. - Syn Zeusa cieszący się względami Hery? Tego jeszcze nie było. Opowiadaj."
 
"- Twoja mama jest boginią tęczy?
- A co, nie podoba ci się? - warknął Butch.
- Ależ skąd. Brzmi bardzo męsko."
"- Butch jest naszym najlepszym koniarzem.
- Tęcze, koniki.... - mruknął Leo."
 
"- (...) I to właśnie Gaja dała mu sierp i powiedziała: Hej, synu, zawołaj tutaj twojego ojca, a jak będzie zajęty rozmową ze mną, pochlastasz go na kawałeczki. W ten sposób zostaniesz władcą świata. Nie fajny pomysł?"
 
"- Tato, dlaczego nie grasz Indiana?
(...) Grał najróżniejsze role - latynoskiego nauczyciela w zdominowanej przez chuliganów szkole w Los Angeles, dziarskiego izraelskiego szpiega w hitowym filmie akcji, nawet syryjskiego terrorystę w filmie z Jamesem Bondem. No i, oczywiście, słynną główną rolę w Królu Sparty. Ale gdy proponowano mu rolę rdzennego mieszkańca Ameryki - bez względu na to, jaka była postać - zawsze odmawiał.
Mrugnął do niej.'- Za blisko domu, Pipes. Łatwiej mi udawać kogoś, kim nie jestem." ''

"-Och, nie przejmujcie się mną! Jestem tylko królową nieba, która tu umiera!"'

PIERWSZY TOM Z SERII "OLIMPIJSCY HEROSI" (kontynuacja Percego i greków + rzymianie)

tom 1-Zagubiony heros :

http://vignette3.wikia.nocookie.net/polskapersopedia/images/3/31/Zagubiony_heros.jpg/revision/latest?cb=20130330103235&path-prefix=pl 

"JASON MA PROBLEM. Kiedy budzi się w autobusie pełnym nastolatków jadących na szkolną wycieczkę, nie pamięta niczego. Wszystko wskazuje na to, że ma dziewczynę, Piper, i najlepszego przyjaciela, Leona. Są uczniami Szkoły Dziczy, szkoły z internatem dla „złych dzieciaków”. Co Jason zrobił, że skończył w takiej szkole? I gdzie właściwie jest? Jason nie wie nawet, kim jest. Wie tylko, że to wszystko wygląda bardzo źle.

PIPER MA SWOJĄ TAJEMNICĘ. Jej ojciec, słynny aktor filmowy, przed trzema dniami gdzieś zaginął, a ona miała sen, w którym tata ma jakieś poważne kłopoty. Piper nie potrafi odkryć znaczenia tego snu, nie rozumie też, dlaczego jej chłopak, Jason, nagle jej nie poznaje. Podczas szkolnej wycieczki wybucha dziwna burza, podczas której atakują ich straszne potwory. Piper, Jason i Leo zostają przeniesieni do miejsca zwanego Obozem Herosów. Piper czuje, że musi za wszelką cenę znaleźć odpowiedź na dręczące ją pytania.

LEO MA NIEZWYKŁE ZDOLNOŚCI TECHNICZNE. Kiedy w Obozie Herosów przydzielają mu domek pełen narzędzi i części maszyn, czuje się jak w domu. Ale dzieją się tam również dziwne rzeczy. Wszyscy mówią o ciążącej na domku klątwie i o jakimś chłopaku, który zaginął. Mało tego, jego współtowarzysze twierdzą, że wszyscy – łącznie z nim – są dziećmi jakichś bogów. Czy ma to coś wspólnego z utratą pamięci przez Jasona albo z tym, że Leo wciąż widzi jakieś duchy?


Powitajcie nowych bohaterów i starych znajomych z Obozu Herosów w pierwszym tomie nowej serii „Olimpijscy Herosi”. Jej autor, twórca wielu bestsellerów Rick Riordan, naładował tę książkę niespodziewanymi zwrotami akcji, zagadkami i humorem, tworząc wielką opowieść o niesamowitych przygodach. Kiedy ją przeczytacie, będziecie niecierpliwie wyczekiwać następnego tomu.


PRZEPOWIEDNIE Z SERII PERCY JACKSON I BOGOWIE OLIMPIJSCY:

tom 1-
"Na zachód idź, ku bogu, który się odwrócił,
Odnajdziesz, co skradziono, i należnie zrócisz,
Zdrady doświadczysz tego, co cię druhem woła,
Tego, co najważniejsze, ocalić nie zdołasz."

tom 2-
"Z zalogą szkieletów łodzią popłyniesz żelazną,
Znajdziesz to, czego szukasz, i weźmiesz na własność,
Życia omal nie stracisz w skale pogrzebana,
Bez towarzyszy przegrasz, w dom powrócisz sama."

tom 3-
"Pięcioro niech na zachód ku spętanej ruszy,
Z których jedno zaginie w bezdeszczowej głuszy.
Drogę do niej Olimpu zagłada im wskaże,
Heros i  Łowca wygrać mogą tylko w parze,
Jednemu dane wytrwać pod klątwą tytana,
Jednemu zaś śmierć ręką rodzica zadana."

tom 4-
"Zagłębisz się w tuneli mroki nieskończonych,
Pojawią się tam zmarły, zdrajca, zagubiony,
Z ręki króla upiorów padniesz lub powstaniesz,
Oto Ateny dziecka ostatnie zadanie
Ostatni dech herosa jest zagłady porą,
Losy od śmierci gorsze miłość ci odbiorą."

tom 5-
"Heros, który od bogów najstarszych pochodzi, 
Osiągnie lat szesnaście wbrew wszelkiej przeszkodzie,
Świat pogrążony ujrzy w snu wiecznym bezkresie,
Jeden wybór kres życiu herosa przyniesie,
Duszę półboga ostrze przeklęte wyżnie,
Olimp w perzynie legnie lub zyska zbawienie."
 



FRAGMENT OSTATNIEGO TOMU Z SERII PERCY JACKSON I BOGOWIE OLIMPIJSCY:

"Koniec świata zaczął się od lądowania pegaza na masce mojego samochodu. Do tego momentu świetnie się bawiłem. Właściwie nie powinienem prowadzić, ponieważ dopiero za tydzień miałem skończyć szesnaście lat, ale mama i ojczym, czyli Paul, zabrali mnie z moją kumpelą Rachel na prywatną plażę na południowym wybrzeżu Long Island, a Paul pozwolił nam pojeździć przez chwilę jego toyotą priusem. Pewnie teraz myślicie: "Ależ to było nieodpowiedzialne z jego strony, bla, bla, bla". Ale Paul dobrze mnie zna. Widział, jak rozwalam demony i wyskakuję z eksplodujących budynków szkolnych, więc pewnie uznał, że poprowadzenie samochodu przez kilkaset metrów nie będzie najniebezpieczniejszym wydarzeniem w moim życiu. W każdym razie jechaliśmy sobie z Rachel. Był gorący sierpniowy dzień. Spięła swoje rude włosy w koński ogon, a na kostium kąpielowy założyła białą bluzkę. Zawsze dotąd widywałem ją w obszarpanych podkoszulkach i poplamionych farbą dżinsach, a tym razem wyglądała jak milion złotych drachm. - Zatrzymaj się tu! - poprosiła. Zaparkowaliśmy na klifie z widokiem na Atlantyk. Ocean to niezmiennie moje ulubione miejsce, ale dziś był szczególnie piękny: gładki niczym szkło lśnił zielenią, jakby mój tato utrzymywał go w spokoju specjalnie dla nas. Moim tatą jest, nawiasem mówiąc, Posejdon. Umie robić takie rzeczy. - No. - Rachel uśmiechnęła się do mnie. - To w sprawie tego zaproszenia. - Och... No tak. - Usiłowałem wykrzesać z siebie choćby odrobinę entuzjazmu. Chodziło o to, że Rachel zaprosiła mnie na trzy dni do domku letniego swoich rodziców na Karaibach. Nieczęsto zdarzają mi się takie propozycje. Fajne wakacje według standardów mojej rodziny to weekend w zaniedbanym domku na Long Island, oglądanie wypożyczonych filmów i jedzenie pizzy z mrożonki - a tu starzy Rachel chcieli wziąć mnie z sobą na Karaiby.Poza tym zdecydowanie przydałyby mi się wakacje. To było najcięższe lato w moim życiu. Perspektywa choćby kilkudniowego odpoczynku była naprawdę kusząca. Tyle że teraz lada dzień mogło się wydarzyć coś wielkiego. Byłem "dyżurnym" od misji. Co gorsza, za tydzień wypadały moje urodziny - a była przecież ta przepowiednia, że kiedy skończę szesnaście lat, stanie się coś niedobrego. - Percy - powiedziała Rachel. - Wiem, że to nie najlepszy moment. Ale dla ciebie nie ma najlepszych, prawda? Coś było na rzeczy. - Naprawdę chciałbym pojechać - zapewniłem ją. - Chodzi tylko o to, że... - Wojna. Pokiwałem głową. Nie miałem ochoty o tym rozmawiać, ale ona wiedziała. W przeciwieństwie do większości śmiertelników widziała przez Mgłę - magiczną zasłonę, która wykrzywia ludzkie postrzeganie.(...) Widziała nawet, jak w zeszłym roku pocięty na kawałki Kronos powstał z trumny w straszliwej nowej formie, i zyskała mój dozgonny szacunek za rzucenie mu w twarz niebieskiej plastikowej szczotki do włosów. Położyła dłoń na moim ramieniu. - Pomyśl o tym, dobrze? Wyjeżdżamy dopiero za kilka dni. Mój tato... - głos jej się załamał.(...) - Stara się być dla mnie miły, a to jest chyba jeszcze gorsze. Chce, żebym od jesieni poszła do Akademii Młodych Dam w Clarion. - Do tej szkoły, którą skończyła twoja mama? - To jest idiotyczna szkółka dla dziewczyn z wyższych sfer, na dodatek daleko w New Hampshire. Wyobrażasz sobie mnie w szkole dla panienek z dobrego domu? Musiałem przyznać, że brzmiało to bezsensownie. Rachel zajmowała się miejskimi projektami artystycznymi, karmiła bezdomnych, chodziła na demonstracje w obronie zagrożonych gatunków, takich jak dzięcioł oskomik. Nigdy w życiu nie widziałem jej w sukience. Ciężko mi było ją sobie wyobrazić na lekcjach savoir-vivreu. Westchnęła. - Jemu się wydaje, że jak będzie dla mnie miły, to poczuję wyrzuty sumienia i się poddam. - Dlatego pozwolił, żebym pojechał z wami na wakacje? - Tak... ale, Percy, oddałbyś mi wielką przysługę. Byłoby tak cudownie, gdybyś był z nami. A poza tym chciałabym o czymś porozmawiać... - urwała nagle. - Chciałabyś porozmawiać? - zapytałem. - I to jest coś tak poważnego, że trzeba lecieć na Karaiby, żeby odbyć tę rozmowę? Zacisnęła usta. - Dobra, zapomnijmy na razie o tym. Udawajmy, że jesteśmy dwojgiem zwykłych ludzi. Pojechaliśmy na wycieczkę, patrzymy na ocean, jest nam z sobą dobrze. Wiedziałem, że coś ją niepokoiło, ale robiła dobrą minę do złej gry. W promieniach słońca jej włosy wyglądały jak płomienie. Tego lata spędziliśmy razem mnóstwo czasu. Niezupełnie tak to planowałem, ale im bardziej komplikowały się sprawy na obozie, tym bardziej chciałem zadzwonić do Rachel i urwać się, choćby dla zmiany otoczenia. Musiałem wciąż sobie przypominać, że świat śmiertelników nadal istnieje, mimo że potwory robią sobie ze mnie prywatny worek treningowy. - Okej - przytaknąłem. - Zwyczajne popołudnie dwojga zwykłych ludzi. Kiwnęła głową. - I wiesz... Teoretycznie gdyby tych dwoje ludzi lubiło się nawzajem, co trzeba by zrobić, żeby ten głuptas pocałował dziewczynę, hę? - Och... - poczułem się jak jedna ze świętych krów Apollina: powolny, głupi i jaskrawoczerwony. - Yyy... Nie będę udawać, że nie myślałem o Rachel. W jej towarzystwie czułem się znacznie swobodniej niż... no, innych znajomych dziewczyn. Nie musiałem się starać, uważać na słowa albo wysilać mózgu, żeby zrozumieć, co miała na myśli. Rachel nie była skryta. Okazywała uczucia. Nie jestem pewny, co zrobiłbym chwilę później... W każdym razie byłem tak rozkojarzony, że nie zauważyłem wielkiego czarnego kształtu nurkującego z nieba, dopóki cztery kopyta nie wylądowały na masce priusa z głośnym BUMP-BUMP-TRZASK! Hej, szefie - odezwał się głos w mojej głowie. - Niezła bryka! Pegaz imieniem Mroczny był starym kumplem, toteż usiłowałem nie okazać irytacji z powodu wgnieceń, które właśnie zrobił w masce. Nie sądziłem jednak, żeby mogły szczególnie zachwycić mojego ojczyma. - Mroczny - westchnąłem. - Co ty tu... W tej samej chwili zobaczyłem, kto przyleciał na jego grzebiecie, i wiedziałem, że dzień właśnie zaczynał się komplikować. - Hejka, Percy. Charles Beckendorf, grupowy domku Hefajstosa, sprawiał, że potwory miały ochotę uciekać do mamusi. Był potężnie zbudowany, z muskułami wyrobionymi od corocznej pracy w kuźni, dwa lata starszy ode mnie, no i był jednym z najlepszych zbrojmistrzów na obozie. Poza tym potrafił konstruować całkiem skomplikowane mechanizmy. Miesiąc temu zamontował bombę z greckim ogniem w toalecie autobusu wycieczkowego, który woził po kraju stado potworów. Wybuch zlikwidował całą grupę potwornych popleczników Kronosa, kiedy tylko pierwsza z harpii spuściła wodę. Beckendorf był ubrany do walki. Miał na sobie spiżowy napierśnik i wojenny hełm, a do tego spodnie moro i miecz przy pasie. Torbę z materiałami wybuchowymi nosił przewieszoną przez ramię. - Już czas? - zapytałem. Skinął ponuro głową. Poczułem ucisk w gardle. Wiedziałem, że ta chwila nadejdzie. Planowaliśmy to od kilku tygodni, ale miałem jakąś taką nadzieję, że to nigdy nie nastąpi. Rachel podniosła wzrok na Beckendorfa. - Cześć. - Och, cześć. Jestem Beckendorf. A ty musisz być Rachel. Percy mówił mi... yyy, to znaczy wspominał o tobie. Uniosła jedną brew. - Naprawdę? To świetnie. - Spojrzała na Mrocznego, który stukał kopytami w maskę priusa. - Rozumiem, chłopcy, że ruszacie teraz ratować świat? - Mniej więcej - przytaknął. Spojrzałem bezradnie na Rachel. - Czy możesz przekazać mojej mamie... - Powiem jej. Na pewno już się przyzwyczaiła. I wyjaśnię Paulowi, co się stało z maską. Skinąłem głową w podziękowaniu. Domyślałem się, że ojczym pożyczył mi samochód po raz ostatni. - Powodzenia. - Rachel pocałowała mnie, zanim zdążyłem zaprotestować. - Idźcie już, herosi. Zabijcie dla mnie kilka potworów. Zapamiętałem ją, jak siedziała na fotelu pasażera w priusie z założonymi rękami i patrzyła, jak Mroczny krąży coraz wyżej i wyżej, unosząc mnie z Beckendorfem w niebo. Zastanawiałem się, o czym chciała ze mną porozmawiać i czy przeżyję dość długo, żeby się tego dowiedzieć. - A więc - odezwał się Charles - przypuszczam, że mam nie opowiadać Annabeth o tym, co widziałem. - Och, bogowie - mruknąłem. - Nawet o tym nie myśl. Beckendorf zachichotał i razem poszybowaliśmy nad Atlantykiem. Było już prawie ciemno, kiedy dostrzegliśmy cel. "Księżniczka Andromeda" jaśniała na horyzoncie - ogromny liniowiec oświetlony na biało i żółto. Patrząc z oddali, można by pomyśleć, że jest to po prostu statek wycieczkowy, a nie kwatera główna pana tytanów. Ale z bliska było widać olbrzymią rzeźbę dziobową - ciemnowłosą dziewczynę w greckim chitonie, spętaną łańcuchami i z wyrazem przerażenia na twarzy, jakby wyczuwała smród wszystkich potworów, które musiała dźwigać. Na widok tego statku zrobiło mi się słabo. Dwa razy omal nie zginąłem na pokładzie "Księżniczki Andromedy". A teraz zmierzała prosto do Nowego Jorku. - Wiesz, co robić? - Beckendorf usiłował przekrzyczeć wiatr. Kiwnąłem głową. Robiliśmy próby w dokach w New Jersey, jako celów używając wraków statków. Wiedziałem, jak mało czasu będziemy mieli. Wiedziałem jednak również, że jest to najlepsza okazja, aby zakończyć inwazję Kronosa, zanim się zacznie na dobre. - Mroczny - powiedziałem - wysadź nas na najniższym pokładzie rufowym. Spoko, szefie - odpowiedział. - Ludzie, ależ ja nienawidzę tego statku. Trzy lata temu Mroczny był uwięziony na "Księżniczce Andromedzie", dopóki nie uciekł z niewielką pomocą moich przyjaciół i moją. Uznałem, że pewnie wolałby mieć zaplecioną grzywę jak bohater serialu Mój mały kucyk, niż wracać w to miejsce. - Nie czekaj na nas - powiedziałem. Ale, szefie... - Uwierz mi - odparłem. - Wydostaniemy się sami. Pegaz złożył skrzydła i zapikował ku statkowi niczym czarna kometa. (...) Dotarliśmy do rufy i Mroczny rozpostarł skrzydła, lądując miękko na najniższym pokładzie. Zsunąłem się z jego grzbietu, czując lekkie zawroty głowy. Powodzenia, szefie - powiedział. - Nie daj się przerobić na mączkę kostną! Z tymi słowy mój stary druh odleciał w noc. Wyjąłem długopis z kieszeni i odetkałem go: Orkan rozwinął się w swoją pełną długość: metr zabójczego niebiańskiego spiżu lśniącego w półmroku. Beckendorf wyciągnął z kieszeni kawałek papieru. Myślałem, że to jakaś mapa albo coś w tym rodzaju. Potem uświadomiłem sobie, że było to zdjęcie. Wpatrywał się w nie w przyćmionym świetle - w uśmiechniętą twarz Sileny Beauregard, córki Afrodyty. Zaczęli z sobą chodzić ostatniego lata, choć my wszyscy już od dawna mówiliśmy: "Zakochana para!". Pomimo wszystkich tych niebezpiecznych misji Beckendorf wyglądał tego lata na szczęśliwszego niż kiedykolwiek. - Wrócimy do obozu - obiecałem. Przez ułamek sekundy dostrzegłem niepokój w jego oczach. Następnie pojawił się dobrze mi znany, pewny siebie uśmiech. - Pewnie - powiedział. - Chodźmy rozwalić Kronosa na milion kawałków. Beckendorf poprowadził. Poszliśmy wąskim korytarzem do klatki schodowej, tak jak ćwiczyliśmy, ale zamarliśmy, kiedy dobiegły nas głosy z góry. - Nie obchodzi mnie, co mówi twój nos! - warknął pół ludzki, pół psi głos, należący do telchina. - Kiedy ostatnio wyczułeś herosa, okazało się, że to kanapka z szynką! - Kanapki z szynką są dobre! - odwarknął inny głos. - Ale to jest zapach herosa, przysięgam. Są na pokładzie! - Ha, za to twojego mózgu nie ma na pokładzie! Kłócili się dalej, tymczasem Charles wskazał na schody wiodące w dół. Zeszliśmy tak cicho, jak tylko się dało. (...) W końcu dotarliśmy do metalowej klapy. Beckendorf wyszeptał: "maszynownia". Była zamknięta, ale syn Hefajstosa wyjął kilka par obcęgów ze swojej torby i przeciął rygiel tak łatwo, jakby był z masła. W środku znaleźliśmy szereg żółtych turbin wielkości silosów; wszystkie szumiały i warkotały. Ścianę naprzeciwko pokrywały ciśnieniomierze i ekrany komputerowe. Nad konsolą pochylał się telchin, ale był tak pochłonięty swoją pracą, że nas nie zauważył. Miał około półtora metra wzrostu, gładkie czarne focze futro i serdelkowate stopy. Głowa wyglądała jak łeb dobermana, ale jego zakończone pazurami dłonie były prawie ludzkie. Powarkiwał i mruczał, stukając w klawiaturę. Może pisał wiadomość do kumpla w serwisie brzydale.com. Zrobiłem krok do przodu, a on zesztywniał, zapewne wyczuwając, że coś jest nie w porządku. Skoczył w bok ku wielkiemu przyciskowi alarmowemu - wtedy zablokowałem mu drogę. Syknął i rzucił się na mnie, ale wystarczyło jedno cięcie Orkanem, by rozpadł się w pył. - Jeden zestrzelony - powiedział Beckendorf. - Około pięciu tysięcy do załatwienia. Zabraliśmy się do roboty. W pomieszczeniu było gorąco i wilgotno, więc w jednej chwili byliśmy mokrzy od potu. Statek posuwał się do przodu, pomrukując. Jako syn Posejdona doskonale orientuję się w pozycji na morzu. Nie pytajcie, skąd to wiedziałem, ale czułem, że znajdujemy się na 40°19 szerokości północnej i 71°90 długości zachodniej, poruszając się z prędkością osiemnastu węzłów, co oznaczało, że statek dopłynie do portu w Nowym Jorku o świcie. Mieliśmy teraz jedyną szansę, żeby go zatrzymać. Przyczepiłem właśnie drugi słoik greckiego ognia do panelu kontrolnego, kiedy usłyszałem dudniące kroki na metalowych schodach - po stopniach schodziło tyle stworzeń, że słyszałem je pomimo huku maszyn. Zły znak. Poszukałem wzrokiem Beckendorfa. - Ile jeszcze? - Za długo. - Postukał w swój zegarek, w którym znajdował się pilot detonatora. - Muszę jeszcze podpiąć odbiornik i uzbroić ładunki. Potrzebujemy co najmniej dziesięciu minut. Sądząc jednak z odgłosów kroków, mieliśmy może dziesięć sekund. - Odciągnę ich - powiedziałem. - Spotykamy się w umówionym miejscu. - Percy... - Życz mi szczęścia. Wyglądał, jakby nie chciał się zgodzić. Wcześniej planowaliśmy dostać się do środka niezauważeni. Musieliśmy jednak improwizować. - Powodzenia - powiedział. Wyskoczyłem przez drzwi. Po schodach zbiegało pół tuzina telchinów. Ciąłem Orkanem przez cały tłum szybciej, niż zdążyli krzyknąć. Nie przestawałem się wspinać - minąłem kolejnego telchina, który był tak zaskoczony, że upuścił pudełko na kanapki firmy McDemons. Pozostawiłem go przy życiu - po części dlatego, że miał fajne pudełko, ale też po to, żeby mógł uruchomić alarm i ściągnąć swoich kumpli w moją stronę, a nie do maszynowni.   Wypadłem przez drzwi prowadzące na szósty pokład i biegłem dalej. (...) Podczas mojej pierwszej wizyty na "Księżniczce Andromedzie" mój stary wróg Luke dla zachowania pozorów trzymał na pokładzie grupę oszołomionych turystów, otoczonych Mgłą, tak iż nie zdawali sobie sprawy z tego, że znaleźli się na zapotworzonym statku. Teraz nie dostrzegałem ani śladu turystów. Wolałem nie myśleć, co się z nimi stało, ale jakoś wątpiłem, żeby pozwolono im wrócić do domów z wygranymi w bingo. Dotarłem do promenady ze sklepami, która zajmowała cały środek statku, i zamarłem. Na środku stała fontanna. A w fontannie przysiadł olbrzymi krab.(...)Potwór wynurzał się na trzy metry z wody. Skorupę miał w niebieskozielone plamy, a szczypce dłuższe od mojego ciała. Jeśli kiedykolwiek widzieliście paszczę kraba pełną piany, paskudnie obrośniętą szczeciną i przeżuwającą resztki, to możecie sobie wyobrazić, że ten tutaj nie wyglądał szczególnie pięknie - rozrośnięty do rozmiarów billboardu. Jego czarne jak wielkie onyksy oczy wpatrywały się we mnie, a ja ­widziałem w nich inteligencję... i nienawiść. Fakt, że byłem synem pana mórz, nie dawał mi żadnych punktów u Pana Kraba. - FFFFfff - zafuczał krab, a piana pociekła mu z gęby. Odór, jaki się stamtąd uniósł, przypominał śmietnik pełen paluszków rybnych, które przez tydzień smażyły się na słońcu. Rozległy się syreny alarmowe. Za chwilę miałem mieć więcej towarzystwa, więc musiałem się ruszać. - Hej, krabiku. - Przesunąłem się ku krawędzi promenady. - Przejdę sobie tylko bokiem, więc... Potwór zareagował niewiarygodnie prędko. Wyskoczył z fontanny i ruszył prosto na mnie, klekocząc szczypcami. Dałem nura do sklepu z pamiątkami, przedzierając się przez stosy podkoszulków. Szczypce kraba rozbiły szklaną ścianę i zaczęły przeszukiwać pomieszczenie. Wyskoczyłem z powrotem na zewnątrz, dysząc ciężko, ale Pan Krab odwrócił się za mną. - Tam! - rozległ się jakiś głos na galeryjce nade mną. - Intruz! Z odciąganiem uwagi niewątpliwie mi się udało, ale nie tu chciałem walczyć. Jeśli przyszpilą mnie w samym środku statku, to zostanie ze mnie krabowa mielonka. Demoniczny skorupiak skoczył ku mnie. Ciąłem Orkanem, krusząc czubek jego szczypiec. Krab syknął i pluł pianą, ale chyba nic mu się nie stało. Usiłowałem przypomnieć sobie z dawnych opowieści cokolwiek, co mogłoby mi pomóc w rozprawie z tym potworem. Annabeth opowiadała mi o potwornym krabie - czy to było coś o Heraklesie rozgniatającym go stopą? Taka metoda nie miała szans zadziałać tutaj. Ten krab był nieco większy od moich butów. W tej samej chwili przyszło mi do głowy coś dziwnego. W ostatnie święta mama i ja zabraliśmy Paula Blofisa do tego starego domku w Montauk, do którego jeździliśmy od lat. Paul zabrał mnie na łowienie krabów, a kiedy wyciągnęliśmy pełną sieć, pokazał mi, że kraby mają szczelinę w pancerzach, dokładnie pośrodku swoich brzydkich brzuchów. Problem polegał na tym, jak się teraz dostać w okolice brzydkiego brzucha. Zerknąłem na fontannę, następnie na marmurową posadzkę, śliską już od licznych krabich śladów. Wyciągnąłem rękę, skupiając się na wodzie, i fontanna eksplodowała. Woda rozprysła się na wszystkie strony, wystrzelając na wysokość trzech pięter oraz zalewając balkoniki, windy i witryny sklepów. Krab nie przejął się tym. Kochał wodę. Zaszedł mnie z boku, kłapiąc i sycząc, a ja rzuciłem się prosto na niego, wrzeszcząc: "AAACH!". Zanim się zderzyliśmy, potoczyłem się na ziemię w bejsbolowym stylu i wślizgnąłem się po mokrym marmurze dokładnie pod potwora. Było to jak wślizg pod siedmiotonowy transporter opancerzony. Krabowi wystarczyłoby usiąść, żeby mnie zmiażdżyć, ale zanim sobie uświadomił, co się dzieje, wbiłem Orkan w szczelinę w jego pancerzu, puściłem głowicę i wysunąłem się od tyłu. Potwór zatrząsł się i syknął. Jego oczy się rozpłynęły. Pancerz zrobił się jaskrawoczerwony, kiedy wnętrzności wyparowały. Pusty upadł na ziemię, tworząc potężne wzgórze. Nie miałem czasu na zachwyty nad moją robotą. Popędziłem ku najbliższym schodom, a wokół mnie potwory i herosi wykrzykiwali rozkazy i szykowali broń. Ja biegłem z pustymi rękami. Orkan, jako magiczny miecz, miał pojawić się w mojej kieszeni prędzej czy później, ale na razie tkwił gdzieś pod wrakiem kraba, a ja nie zdążyłem go odzyskać. W pomieszczeniu z windami na pokładzie ósmym drogę zastąpiła mi grupa drakain. Od pasa w górę były to kobiety o zielonej, łuskowatej skórze, żółtych oczach i rozdwojonych językach. Od pasa w dół miały podwójne wężowe kadłuby zamiast nóg. W rękach dzierżyły włócznie i obciążone sieci, a ja wiedziałem z doświadczenia, że potrafią się tym wszystkim posługiwać. - Co to jessst? - zapytała jedna z nich. - Nagroda dla Kronosssa! Nie byłem w nastroju do "weselnego węża". Przede mną stał na postumencie model statku, jakaś makieta z oznaczeniem JESTEŚ TUTAJ. Wyrwałem model z podpórki i cisnąłem nim w pierwszą z drakain. Statek uderzył ją w twarz i zatonęła razem z nim. Przeskoczyłem nad nią, chwyciłem włócznię jej przyjaciółki i obróciłem nią w powietrzu. Uderzyła w windę, a ja rzuciłem się ku dziobowi "Księżniczki Andromedy".(...)Piekielne ogary zawyły. Wystrzelona nie wiadomo skąd strzała świsnęła mi koło twarzy i wbiła się w wykładaną mahoniem ścianę klatki schodowej. Nie przejąłem się tym - liczyło się to, że odciągałem potwory od maszynowni, dając Beckendorfowi więcej czasu. Kiedy gnałem w górę schodów, z wyższego pokładu zaatakował mnie jakiś dzieciak. Wyglądał jak właśnie obudzony z drzemki. Zbroję miał narzuconą byle jak. Dobył miecza z okrzykiem: "Kronos!", ale było w tym więcej strachu niż gniewu. Nie mógł mieć więcej niż dwanaście lat - w tym właśnie wieku po raz pierwszy przyjechałem na Obóz Herosów. Ta myśl przygnębiła mnie. Temu chłopakowi wyprano mózg - tak wytrenowano, żeby nienawidził bogów i samego siebie za to, że urodził się w połowie Olimpijczykiem. Kronos wykorzystywał go, a mimo to dzieciak uważał mnie za wroga. Za nic w świecie nie zamierzałem robić mu krzywdy. Nie potrzebowałem broni. Wskoczyłem w zasięg jego ciosów, chwyciłem go za nadgarstek i uderzyłem nim o ścianę. Miecz z brzękiem wypadł z ręki chłopaka. Następnie zrobiłem coś, czego nie planowałem. Zapewne było to głupie. Z pewnością narażało naszą misję, ale nie mogłem nic na to poradzić. - Jeśli chcesz przeżyć - powiedziałem chłopcu - to natychmiast zmykaj z tego statku. Powiedz to pozostałym półbogom. - Po czym popchnąłem go w dół schodów, aż potoczył się na niższe piętro. Ja natomiast wspinałem się dalej. Złe wspomnienia: korytarz biegnący wzdłuż jadalni. Annabeth, mój przyrodni brat Tyson i ja zakradliśmy się tędy trzy lata temu podczas pierwszej wizyty na okręcie.(...) Musiałem tylko przedostać się na drugą stronę. Stamtąd mogłem zejść po schodach na lądowisko dla helikopterów - umówione miejsce awaryjnego spotkania. Przy odrobinie szczęścia Beckendorf będzie tam na mnie czekał. Skoczymy do morza. Moja moc związana z wodą ochroni nas obu i zdetonujemy ładunki z odległości pół kilometra. Byłem w połowie pokładu, kiedy zmroził mnie ten głos. - Spóźniłeś się, Percy. Na galeryjce nade mną stał Luke z uśmiechem na pobliźnionej twarzy. Miał na sobie dżinsy, biały podkoszulek i klapki jak zwykły nastolatek, ale jego oczy zdradzały prawdę. Były szczerozłote. - Czekaliśmy na ciebie od wielu dni. - Z początku jego głos brzmiał zwyczajnie, jak Lukea. Ale potem jego twarz się wykrzywiła, a ciałem wstrząsnął dreszcz, jakby napił się czegoś wyjątkowo obrzydliwego. Głos stał się cięższy, starożytny i potężny - był to głos pana tytanów, Kronosa. Usłyszane słowa przebiegły mi po plecach niczym cięcie nożem. - Podejdź, uklęknij przede mną. - Jasne, już biegnę - wymamrotałem. Po obu stronach basenu ustawili się olbrzymi lajstrygonowie, jakby czekali na rozkaz. Każdy z nich miał prawie trzy metry wysokości, tatuowane ramiona, skórzaną zbroję i nabijaną ćwiekami maczugę. Herosi-łucznicy pojawili się na dachu nad Lukiem. Z przeciwległej galeryjki zeskoczyły dwa piekielne ogary, warcząc na mnie. Wystarczyło kilka sekund, żebym był otoczony. To była pułapka: nie ma mowy, aby zdołali tak szybko zająć pozycje, gdyby nie wiedzieli, że się pojawię. Spojrzałem na Lukea, czując, że gotuję się z gniewu. Nie miałem pojęcia, czy jego świadomość w ogóle jest jeszcze żywa w tym ciele. Może to, jak zmieniał się jego głos... A może to tylko Kronos przyzwyczajał się do nowego kształtu. Powtarzałem sobie, że to nie ma znaczenia. Luke był zły, a jego umysł wypaczony, na długo zanim jego ciało opanował Kronos. Jakiś głos w mojej głowie podpowiadał: I tak muszę kiedyś stanąć z nim do walki. Czemu nie teraz? Wedle Wielkiej Przepowiedni, kiedy skończę szesnaście lat, mam podjąć tę jedną decyzję, która uratuje świat albo sprowadzi na niego zagładę. Został zaledwie tydzień od dziś. Czemu nie teraz? Jeśli naprawdę mam tę moc, to co za różnica? Mogłem zakończyć to niebezpieczeństwo już tutaj, zwyciężając Kronosa. Ej, walczyłem już przecież z potworami i bogami. Luke uśmiechnął się, jakby czytał mi w myślach. Nie, to był Kronos. Muszę o tym pamiętać. - Podejdź - powiedział. - Jeśli się ośmielisz.(...)Broń Kronosa pojawiła się w jego ręce: dwumetrowy sierp, w połowie z niebiańskiego spiżu, w połowie ze stali śmiertelników. Sam widok tego ostrza sprawił, że ugięły się pode mną nogi. Ale zanim zdołałem zmienić zdanie, zaatakowałem. Czas zwolnił. Dosłownie zwolnił, ponieważ Kronos posiada taką moc. Czułem się tak, jakbym brnął przez syrop. Ramiona ciążyły mi do tego stopnia, że ledwie byłem w stanie unieść miecz. Tytan uśmiechnął się, obracając sierpem w zwykłym tempie i czekając, aż podpełznę ku własnej zgubie. Usiłowałem walczyć z jego magią. Skupiłem uwagę na otaczającym mnie morzu - źródle mojej mocy. Przez ostatnie lata nauczyłem się nieźle nią kierować, ale tym razem najwyraźniej nic się nie działo. Zrobiłem kolejny krok do przodu. Giganci wiwatowali. Drakainy syczały, chichocząc. Hej, oceanie, błagałem w myślach. Zrób coś. Nagle poczułem piekący ból w żołądku. Cały statek się zachwiał, co zwaliło potwory z nóg. Dwieście hektolitrów słonej wody uniosło się z basenu, zalewając mnie, Kronosa i wszystkich, którzy znajdowali się na pokładzie. Woda dodała mi sił, łamiąc zaklęcie czasu, rzuciłem się więc do przodu. Uderzyłem w ciało Kronosa, ale wciąż byłem zbyt powolny. Popełniłem też błąd, spoglądając mu w twarz - w twarz Lukea - chłopaka, który niegdyś był moim przyjacielem. Mimo że go nienawidziłem, nie potrafiłem go zabić. Pan tytanów nie miał podobnych oporów. Uderzył w dół sierpem. Odskoczyłem i straszliwe ostrze chybiło o kilka centymetrów, rozdzierając poszycie pokładu dokładnie między moimi stopami. Kronos ponownie zamachnął się sierpem. Odbiłem uderzenie Orkanem, ale cios był tak potężny, że moje ostrze mogło go jedynie zablokować. Krawędź sierpa przecięła mój rękaw i zadrasnęła rękę. To nie powinna być poważna rana, ale cały bok ciała eksplodował bólem. Przypomniałem sobie, co morski demon powiedział kiedyś o sierpie Kronosa: "Ostrożnie, głupcze. Wystarczy, że tego dotkniesz, a ostrze oddzieli twoją duszę od ciała". Zrozumiałem teraz, co miał na myśli. Nie tylko traciłem krew. Czułem, że uchodzą ze mnie siła, wola, tożsamość. Zatoczyłem się, przełożyłem miecz do lewej ręki i rozpaczliwie zaatakowałem. Moje ostrze miało go przebić, ale odbiło się od brzucha, jakbym uderzał w twardy marmur. Nie powinien tego przeżyć. Kronos roześmiał się. - Marnie ci idzie, Percy Jacksonie. Luke mówił mi, że nigdy nie dorównywałeś mu w szermierce. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Wiedziałem, że nie mam dużo czasu. - Luke miał przewrócone we łbie - powiedziałem - ale przynajmniej był to jego własny łeb. - Szkoda byłoby zabijać cię teraz - zadumał się Kronos - zanim zrealizuję swój plan. Będę się rozkoszował przerażeniem w twoich oczach, kiedy uświadomisz sobie, w jaki sposób zniszczę Olimp. - Nigdy nie dostaniesz się tym statkiem na Manhattan. - Ramię mi cierpło, a czarne plamy latały przed oczami. - A niby dlaczego? - Złote oczy Kronosa rozbłysły. Jego twarz - twarz Lukea - sprawiała wrażenie maski, nienaturalnej, oświetlonej od wnętrza jakąś straszliwą mocą. - Czyżbyś liczył na swojego przyjaciela i jego materiały wybuchowe? - Spojrzał w dół, ku basenowi, i zawołał: - Nakamura! Z tłumu wystąpił nastoletni chłopak w pełnej greckiej zbroi. Jego lewe oko zakrywała czarna przepaska. Oczywiście znałem go: był to Ethan Nakamura, syn Nemezis. Zeszłego lata uratowałem mu życie w Labiryncie, ale ten szczeniak w podzięce pomógł Kronosowi powrócić do życia. - Odnieśliśmy sukces, panie - zawołał Ethan. - Znaleźliśmy go tam, gdzie nam powiedziano. Klasnął w dłonie i do przodu wystąpiło dwóch gigantów, wlekąc między sobą Charlesa Beckendorfa. Serce mi zamarło. Beckendorf miał zapuchnięte oko, poharataną całą twarz i pocięte ramiona. Stracił zbroję, a podkoszulek miał w strzępach. - Nie! - krzyknąłem. Charles napotkał mój wzrok. Zerknął na swoją rękę, jakby usiłował mi coś powiedzieć. Jego zegarek. Nie zabrali go jeszcze, a w nim był detonator. Czy to możliwe, że ładunki są już uzbrojone? Potwory z pewnością już je rozebrały. - Znaleźliśmy go na śródokręciu - oznajmił jeden z gigantów - kiedy próbował przemknąć się do maszynowni. Możemy go już zjeść? - Wkrótce. - Kronos spojrzał spode łba na Ethana. - Jesteś pewny, że nie umieścił ładunków? - Szedł do maszynowni, panie. - Skąd to wiesz? - No... - Ethan przestąpił niepewnie z nogi na nogę. - Szedł w tamtym kierunku. No i powiedział nam. Jego torba jest pełna ładunków wybuchowych. Powoli zaczęło do mnie docierać. Beckendorf ich oszukał. Kiedy zdał sobie sprawę, że zostanie schwytany, zawrócił, aby wyglądało na to, że zmierzał w innym kierunku. Przekonał ich, że nie dotarł jeszcze do maszynowni. Być może grecki ogień jest nadal uzbrojony! Ale nic nam to nie pomoże, jeśli nie zdołamy uciec ze statku i zdetonować ładunków. Kronos się zawahał. Uwierz, modliłem się. Ból w ramieniu stawał się tak nieznośny, że ledwie trzymałem się na nogach. - Otwórz jego torbę! - rozkazał pan tytanów. Jeden z gigantów zerwał worek z ładunkami z ramion Beckendorfa. Zajrzał do środka, jęknął i odwrócił worek. Przerażone potwory cofnęły się. Gdyby torba istotnie była pełna słoików z greckim ogniem, wszyscy wylecielibyśmy w powietrze. Ale ze środka wypadło dwanaście puszek z brzoskwiniami. Ethan pobladł. - Yyy... - A czy aby wysłałeś kogoś, żeby SPRAWDZIĆ W MASZYNOWNI? Nakamura cofnął się, przerażony, po czym obrócił na pięcie i popędził przed siebie. Zakląłem pod nosem. Teraz dzieliło nas zaledwie kilka minut od rozbrojenia ładunków. Złapałem znów wzrok Beckendorfa, zadając milczące pytanie, w nadziei że zrozumie: Ile czasu? Złączył kciuk i palce, tworząc okrąg. Zero. Detonator nie miał opóźnienia. Jeśli uda mu się nacisnąć guzik, statek natychmiast wyleci w powietrze. Nie zdołamy się oddalić, zanim to zrobimy. Potwory albo najpierw nas zabiją, albo rozbroją ładunki, albo jedno i drugie. Kronos zwrócił się do mnie, uśmiechając się krzywo. - Wybacz brak kompetencji moich pomocników, Percy Jacksonie. Ale to nieistotne. Teraz mamy ciebie. Wiedzieliśmy o twoim przybyciu od wielu tygodni. Wyciągnął rękę i potrząsnął niewielką srebrną bransoletką z miniaturowym sierpem - znakiem pana tytanów. Zraniona ręka odbierała mi zdolność myślenia, ale wymamrotałem: - Urządzenie do komunikacji... Szpieg w obozie. Kronos zarechotał. - Nie możesz liczyć na kumpli. Zawsze cię zawiodą. Luke przekonał się o tym w wyjątkowo paskudny sposób. A teraz odłóż miecz i poddaj mi się albo twój przyjaciel umrze. Przełknąłem ślinę. Jeden z gigantów zaciskał ramię na szyi Beckendorfa. Nie miałem sił, żeby go ratować, a nawet gdybym spróbował, zabiliby go, zanim bym do niego doskoczył. Zabiliby nas obu. Charles wyszeptał jedno słowo: Już. Pokręciłem głową. Nie mogłem po prostu go tam zostawić. Drugi z gigantów wciąż grzebał wśród puszek z brzoskwiniami, co oznaczało, że lewa ręka Beckendorfa była wolna. Uniósł ją powoli - ku zegarkowi na prawym nadgarstku. Chciałem wrzeszczeć: NIE!(...)Beckendorf zacisnął powieki i dotknął zegarka. Nie miałem wyboru. Rzuciłem mieczem w Kronosa niczym oszczepem. Odbił się od jego piersi, nie robiąc mu krzywdy, ale przynajmniej go zaskoczył. Przedarłem się przez tłum potworów i skoczyłem przez burtę statku w dół, do znajdującej się trzydzieści metrów niżej powierzchni wody. Usłyszałem grzmot głęboko we wnętrznościach "Księżniczki Andromedy". Potwory wrzeszczały na mnie z góry. Obok ucha przemknęła mi włócznia. Strzała wbiła mi się w udo, ale nie miałem nawet czasu, żeby zarejestrować ból. Wpadłem do morza i kazałem prądom nieść mnie daleko, jak najdalej... sto metrów, dwieście metrów. Nawet z takiej odległości poczułem, że eksplozja wstrząsa światem. W tyle głowy poczułem falę gorąca. "Księżniczka Andromeda" wybuchła z obu stron: potężna kula zielonego płomienia wznoszącego się ku ciemnemu niebu, pożerająca wszystko. Beckendorf, pomyślałem. Potem straciłem przytomność i opadłem niczym kotwica na dno morza."