sobota, 25 kwietnia 2015

DOM HADESA ROZDZIAŁ II:

                                                HAZEL

Hazel jeszcze nigdy nie była tak szczęśliwa. No, może z wyjątkiem tego wieczoru, kiedy podczas uczty w obozie Jupiter, po zwycięstwie nad hordami Gai, Frank pocałował ją po raz pierwszy… Ale trwało to tak krótko…

Gdy tylko opuściła się na ziemię, podbiegła do Ariona i zarzuciła mu ręce na szyję.

– Tęskniłam za tobą! – Przycisnęła twarz do ciepłego boku konia, pachnącego morską solą i jabłkami. – Gdzie się podziewałeś?

Arion zarżał cicho. Hazel żałowała, że nie potrafi mówić końskim językiem, jak Percy, ale teraz go zrozumiała. W tym rżeniu była jakaś niecierpliwość, jakby Arion mówił: „Nie ma czasu na sentymenty, dziewczyno! Wsiadaj!”.

– Chcesz mnie dokądś zabrać?

Arion pokiwał łbem, grzebiąc kopytem w ziemi. Jego ciemnobrązowe oczy błyszczały przynaglająco.

Hazel wciąż nie mogła uwierzyć, że jej przyjaciel naprawdę tu jest. Potrafił mknąć po każdej powierzchni, nawet morza, ale starożytne krainy wokół Morza Śródziemnego na pewno nie były dla niego bezpieczne. Jak dla wszystkich półbogów i ich sprzymierzeńców.

Nie przybyłby tu, gdyby ona nie znalazła się w trudnej sytuacji. I był taki poruszony… Cokolwiek zdołało zaniepokoić tego nieustraszonego konia, powinno napełnić ją strachem.

Ale nie odczuwała lęku, raczej euforię. Miała już dość choroby morskiej i powietrznej. Na pokładzie „Argo II” czuła się jak skrzynia z balastem. Cieszył ją powrót na twardy grunt, nawet jeśli to było terytorium Gai. Już była gotowa wskoczyć na koński grzbiet.

– Hazel! – zawołał z okrętu Nico. – Co się dzieje?

– Wszystko gra!

Przykucnęła i podniosła z ziemi bryłkę złota. Aha, więc coraz lepiej panuje nad swoją mocą. Już dawno nie wyskakiwały wokół niej drogie kamienie, a teraz wyciągnięcie złota z ziemi okazało się takie łatwe.

Podała Arionowi bryłkę – jego ulubioną przekąskę. Potem uśmiechnęła się do Leona i Nica, którzy obserwowali ją znad szczytu drabinki, jakieś trzydzieści metrów wyżej.

– Arion chce mnie dokądś zabrać.

Chłopcy wymienili przerażone spojrzenia.

– Och… – Leo wskazał na północ. – Tylko mi nie mów, że chce cię zabrać tam!

Hazel była tak skupiona na Arionie, że do tej pory nie dostrzegła zagrożenia. Kilometr od niej, na grzbiecie najbliższego wzgórza, zbierała się burza nad jakimiś ruinami – może rzymskiej świątyni albo twierdzy. Lejowata chmura pełzła w dół, ku wzgórzu, jak czarny palec.

Hazel poczuła smak krwi. Spojrzała na Ariona.

– Chcesz popędzić tam?

Arion zarżał, jakby chciał powiedzieć: „Tak, i to szybko!”.

No cóż. Poprosiła o pomoc. Czyżby ojciec jej odpowiedział?

Taką miała nadzieję, ale w tej burzy wyczuwała coś więcej niż działanie Plutona… coś mrocznego, potężnego i raczej niezbyt przyjaznego.

A jednak… to jej szansa, by pomóc przyjaciołom – by ich poprowadzić, a nie tylko za nimi iść.

Zacisnęła pas swojego kawaleryjskiego miecza z cesarskiego złota i wspięła się na grzbiet Ariona.

– Będzie dobrze! – zawołała do Nica i Leona. – Zostańcie tu i czekajcie na mnie!

– Jak długo? – zapytał Nico. – A jeśli nie wrócisz?

– Nie martw się, wrócę – obiecała, mając nadzieję, że się nie myli.Uderzyła piętami w boki Ariona i pomknęli przez włoski krajobraz – prosto w nasilające się tornado.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz